Co najbardziej komplikuje nasze życie? Informacje. XX-wieczny amerykański inżynier, architekt i filozof Buckminster Fuller szacował, że do 1900 r. zasób informacji, jakim dysponowała ludzkość, podwajał się co 100 lat. Obecnie badacze szacują, że proces ten zajmuje już ledwie rok.

Dziś informacja jest również nieporównywalnie szybciej i łatwiej dostępna. Gdy w 1716 r. Jakob Hermann publikował "Phoronomię", dzieło z zakresu mechaniki, wyłożone w niej teorie nie miały szans na dotarcie do "szerokiej publiczności", a inni naukowcy zapoznali się z nimi z wielomiesięcznym opóźnieniem. Dziś, gdy naukowcy NASA odkrywają siedem nowych podobnych do Ziemi planet, ogłaszają konferencję prasową. I w jednej chwili o ich odkryciu dowiaduje się cała ludzkość łącznie z tymi, których owo odkrycie nic a nic nie obchodzi. Podobnie szybko i ogólnie dostępne są nowe wersje teorii spiskowych o inwazji ludzi jaszczurów, śmieszne filmiki z kotami, przepisy kulinarne, diety cud, porady psychologiczne i sposoby na zrobienie fortuny w jeden dzień.

Jesteśmy wprost zalewani informacjami, co nie byłoby tak przerażające, gdybyśmy nie musieli na ich bazie podejmować decyzji i wybierać, co jest dobre i warte uwagi. Co złe i nieprzydatne, co jest prawdą, a co kłamstwem. Decyzji, od których często zależy nasza przyszłość. Niestety, musimy to robić.

A wiedząc, że nie we wszystkim podołamy, prosimy o radę ekspertów.

Młotkiem w palec

Dietetycy za 50 zł dziennie dostarczą nam zbilansowane posiłki, agent nieruchomości znajdzie odpowiednich kandydatów, którym moglibyśmy wynająć mieszkanie, zaś pośrednik finansowy doradzi nam, jaki kredyt zaciągnąć. Że niektórym zasugeruje kredyt we frankach albo ulokowanie kapitału w piramidzie finansowej? No cóż, cedowanie decyzji na ekspertów obarczone jest ryzykiem. Ba, nawet lekarz może przepisać lek, który zamiast postawić na nogi, zaszkodzi. Ale problem ze specjalistami zaczyna się, gdy powierzamy im los nie jednostek, lecz społeczeństw – bo wówczas realne staje się ryzyko sprowadzenia na siebie ogólnokrajowej katastrofy. A to zagrożenie rośnie tym szybciej, im bardziej rozrastają się kompetencje państwa, a z nimi prawo. Do opanowania którego potrzebni są specjaliści.

Minister tego lub owego nadal jest ważny, lecz to grono wybranych przez niego ekspertów opracowuje wdrażane przezeń rozwiązania. Rodzimi politycy (i nie tylko nasi) nieustannie powołują się na opinie znawców, które mają uzasadniać różnorakie posunięcia legislacyjne (inna sprawa, że miewają problemy – jak choćby w przypadku prezydenta Komorowskiego i „reformy” OFE – z tych opinii upublicznianiem). Nie będzie też przesady w stwierdzeniu, że ekspertoza – zbytnie poleganie na specjalistycznych opiniach czy też chorobliwie częste odwoływanie się do nich – trapi wiele państw. Demokracja pośrednia zamienia się w demokrację pośredników. Wybieramy polityków, żeby ci pośredniczyli w zatrudnieniu ekspertów do podejmowania decyzji w dziedzinach, na których politycy się nie znają. Czyli właściwie we wszystkich. Specjaliści opracowują metody na walkę ze zmianami klimatu, prewencję nowotworów, zwiększenie wykrywalności przestępstw, redukcję alkoholizmu i stopy bezrobocia. W praktyce to oni są realnymi zleceniobiorcami zarządzania krajem.

Wyborcy zaś tak mocno odzwyczaili się od podejmowania realnych decyzji, że wykorzystanie reliktu demokracji bezpośredniej, jakimi są referenda, zaczyna przynosić tak opłakane skutki jak brexit (to zła decyzja nie dlatego, że Wielka Brytania wychodzi z UE, lecz dlatego że podkopuje ona fundament międzynarodowej współpracy).

Ale – przerwie ktoś wywód pytaniem – dlaczego właściwie odwoływanie się do zdania ekspertów miałoby być czymś negatywnym? Instancja specjalisty nie jest przecież czymś złym sama w sobie. To zastrzeżenie zrozumiałe. Niestety, politycy mają stałą tendencję do wybierania nie tych ekspertów, co trzeba. Jak zauważał kolumbijski myśliciel Nicolas Gomez Davila: „Ludzie o wiele częściej waliliby się młotkiem w palec, gdyby ból występował dopiero po roku”. Polityków palec boli dopiero – a i to nie zawsze – po kolejnych wyborach.

Co na to narcyz

Czego oczekujemy od dobrego eksperta? Tego, by opracowywał korzystne dla ogółu rozwiązania trapiących go bolączek. Specjalista musi umieć przewidywać skutki proponowanych przez siebie posunięć, rozumieć rzeczywistość lepiej niż inni, potrafić wyczuć bieg zdarzeń oraz wychwytywać globalne trendy. Słowem, musi umieć skutecznie analizować i prognozować. Jednak właśnie ten warunek ogranicza podaż dobrych ekspertów.

Profesor Philip E. Tetlock, psycholog i politolog z Uniwersytetu Stanu Pensylwania, od ponad 30 lat bada skuteczność eksperckich prognoz. Zasłynął analizą przewidywań 284 osób, które z bycia specjalistami uczyniły sposób na życie (urzędników, profesorów, ekonomistów wolnorynkowych i marksistów). Zadawał im pytania o prawdopodobieństwo takich zdarzeń, jak recesja gospodarcza, upadek ZSRR, wybuch wojny w Zatoce Perskiej albo tego, czy Quebec odłączy się od Kanady. Eksperyment Tetlocka trwał od 1984 do 2003 r., a w jego trakcie sformułowano 28 tys. prognoz. Odpowiedzi ekspertów okazały się tylko odrobinę bardziej trafne niż gdyby prawdopodobieństwo szacować rzutami kostką albo prostą ekstrapolacją statystyczną. Co więcej, Tetlock porównywał prognozy ekspertów z opiniami dobrze poinformowanych laików, „utalentowanych amatorów” reprezentujących ogólną populację Stanów Zjednoczonych. Kto wypadł lepiej? Amatorzy. Co jest nie tak z ekspertami? Co sprawia, że osoby specjalistycznie wykwalifikowane obstawiają rezultaty gorsze niż przypadkowy przechodzień?

Niechęć do pomyłek i potrzeba bycia najlepszym. Ego. Eksperci nigdy nie przyznają się do błędów. Wolą mówić, że byli o włos albo że źle ich zrozumiano. Siłę „strachu przed byciem w błędzie” Tetlock ilustruje, przywołując eksperyment, który w latach 80. przeprowadzono na Uniwersytecie w Yale na studentach i szczurach. W labiryncie w kształcie litery T umieszczono szczura, następnie do któregoś z boków poprzecznej belki w T wkładano raz po raz jedzenie. Studenci mieli odgadywać, gdzie w kolejnej turze wyląduje jedzenie (zostali wcześniej poinformowani, że sekwencja nie jest losowa). Prognozy studentów, którzy chcieli być jak najskuteczniejsi, były trafne w niewiele ponad 50 proc. Szczur, któremu nie zależało na nieomylności, a po prostu na jedzeniu, kierował się we właściwy róg T w 60 proc. przypadków.

Eksperci różnią się jednak między sobą. Tetlock podzielił ich na dwie kategorie: lisy i jeże.

Lisy to ludzie skromni, ostrożni i sceptyczni wobec wielkich teorii, które wszystko tłumaczą. Korzystają z wielu źródeł informacji, dostosowują analizy do faktów, a nie fakty do prognoz, nie są przywiązani do posiadania racji. Z kolei jeże to ci, którzy specjalizują się w jakiejś jednej „wielkiej idei”, próbując tłumaczyć nią wszystkie możliwe wydarzenia i – jak pisze Tetlock – „szybko irytujący się, gdy ktoś nie rozumie ich stanowiska.” Chcą mieć rację. Są narcystyczni.

Która z tych grup jest przez ludzi chętniej słuchana? Narcystyczne jeże. Są bardziej wyraziści, oryginalni, nie przynudzają, a przede wszystkim mówią nam coś, na co sami nie wpadlibyśmy – jakby posiadali tajemną wiedzę. Nasze preferencje wobec ekspertów odzwierciedla świat mediów. – Telewizje i radia zapraszają tych, których ludzie chcą oglądać. Nie dziwi więc, że w studiach telewizyjnych roi się od jeży. Im lepszym jesteś ekspertem, im lepiej prognozujesz, tym mniejsza szansa, że zostaniesz etatowym komentatorem. Im twoje prognozy są gorsze, tym częściej będziesz komentował, prognozował i doradzał – uważa Tetlock.

Niestety nie ma żadnych powodów, by sądzić, że politycy nie ulegają tym samym słabościom w wyborze ekspertów co przeciętny konsument telewizji informacyjnej.

Problem szamana

Nieoptymalny wybór specjalistów Arnold Kling, ekonomista z Cato Institute, nazywa problemem szamana. Szaman to dla niego ktoś, kto narzuca się politykom z pomocą w każdej sprawie, choćby nie miał o niej zielonego pojęcia. – Jeśli istnieje wybór między ekonomistą oferującym tanie panaceum na daną bolączkę i ekonomistą, który twierdzi, że takie rozwiązanie nie istnieje, proces polityczny faworyzuje pierwszego. Mieliśmy bardzo wielu ekonomicznych szamanów, którzy przekonywali, że wiedzą, jak rozszerzyć zakres ubezpieczeń zdrowotnych, jednocześnie zmniejszając ich koszt. Mieliśmy szamanów, którzy uważali, że bez wpompowania 800 mld dol. w gospodarkę bezrobocie sięgnie 9 proc. W 2017 r. mamy nową administrację, która słucha innych szamanów – uważa Kling. Problem szamana jest według niego elementem problemu Tullocka.

Profesor Gordon Tullock był jednym z najwybitniejszych twórców szkoły wyboru publicznego, która – jak to ujął inny jej przedstawiciel – „pozbawia politykę romantycznego pierwiastka”. W największym skrócie chodzi o to, że politycy to dokładnie takie same stworzenia jak ich wyborcy. Mają te same zalety i wady, a także – jak zdecydowana większość z nas – myślą przede wszystkim o sobie. Swoje prawdziwe intencje jednak przyozdabiają szatą dbałości o dobro wspólne. To dlatego na rękę im jest zatrudnianie szamanów, którym wcale nie zależy na prawdzie, a na dostarczeniu tego, czego się od nich oczekuje. Im bardziej „miękka” jest dziedzina, w której doradzają, tym specjaliści są bardziej elastyczni. Szczególnie podejrzani są przedstawiciele nauk społecznych, w tym ekonomii. – Nie ma żadnych istotnych powodów, by próbować ukryć prawdę w naukach przyrodniczych, natomiast w przypadku nauk społecznych takich powodów jest bez liku – zauważał Tullock. Bez liku? Tak. Zwłaszcza że znawcy tematu mogą służyć wielu panom jednocześnie – zarówno politykom, jak i wąskim grupom interesu, którym na rękę jest ukrycie jakichś prawd, a które stać na ich opłacenie i promowanie ich opinii w politycznych kręgach.

I tak to, że handel międzynarodowy buduje dobrobyt (ekonomiczny konsensus), negują ekonomiści sprzyjający lobby producentów, którzy chcieliby wprowadzić cła na import. Ci zaś, którzy – przeciwnie – konsensus uznają i promują globalizację, często robią to po to, by uzasadnić preferencyjne ulgi podatkowe albo regulacyjne wyłomy dla wybranych. Zdarza się, że specjaliści jednego lobby zwalczają ekspertów wrogiego obozu. W Polsce główni ekonomiści SKOK-ów krytykują banki za banksterkę, a główni ekonomiści banków krytykują SKOK-i za brak przejrzystości i opór przed jurysdykcją Komisji Nadzoru Finansowego. Z kolei eksperci związani z branżą węglową określają oparcie polskiej gospodarki na zielonej energii mianem nierealistycznej mrzonki, gdy ci związani z koncernami produkującymi wiatraki uważają, że bez czystej energii Polsce grozi ekologiczna katastrofa.

Której ze zwalczających się grup będą słuchać politycy? To zależy tylko od tego, jakie środki konkretne lobby jest w stanie zaangażować w promocję własnych pryedstawicieli. Oczywiście niektórzy specjaliści zostaną zignorowani. Na drodze może stanąć im ideologia rządzących. Bywa, że tylko, jeśli oni sami ją podzielają (bądź przekonująco to udają), uda im się dotrzeć do polityków. Dlatego SKOK-om łatwiej podesłać ekspertów rządowi PiS, a bankierom rządowi PO, natomiast socjologowie badający mniejszości seksualne więcej mieli do powiedzenia w administracji Obamy niż będą mieć do powiedzenia w administracji Trumpa.

Niektórzy ekonomiści (ci niezatrudnieni w rządzie) wysuwają nawet postulat, by każdy ekspert mający wpływ na politykę spowiadał się nie tylko ze źródeł dochodu, lecz także ze swoich ideologicznych predylekcji. Taką propozycję znaleźć można w wydanej z końcem zeszłego roku książce „Ucieczka od demokracji” Sandry Peart i Davida M. Levy’ego (tytuł nawiązuje do „Ucieczki od wolności” Ericha Fromma). Ekonomiści ci próbują wyjaśnić w niej eksperckie wpadki, koncentrując się na polityce gospodarczej.

Technokraci jak tyrani

Bezlitosny w ocenie eksperckich dokonań jest prof. William Easterly z New York University. W książce „Tyrania ekspertów” z 2014 r. wskazuje na seryjne porażki specjalistów, których międzynarodowe instytucje wynajmują do pomagania biednym krajom. Zdaniem Easteraly’ego to właśnie ci eksperci są jedną z przyczyn zubożania Afryki. Jej rozwój planowany jest najpierw odgórnie przez ludzi, którym z pozycji wygodnego fotela w Waszyngtonie wydaje się, że wiedzą, jak uszczęśliwiać innych, a potem narzucany jest autokratycznymi metodami, nawet jeśli beneficjenci pomocy się im sprzeciwiają. Ale eksperci – jak tyrani niezważający na wolę poddanych – mają za nic przekonania, zwyczaje i inne lokalne uwarunkowania panujące tam, gdzie chcą realizować swoje plany. Nie akceptują na przykład tego, że recepty typu „jeden rozmiar dla wszystkich” nie działają. W efekcie dzieją się tragedie. Easterly opisuje historię 20 tys. farmerów z Mubende w Ugandzie, których w 2010 r. wygnano z miejsca zamieszkania, ich plony zniszczono, a potomstwo zabito, realizując projekt ekologiczny pod auspicjami Banku Światowego. Jednak nie tylko Trzeci Świat cierpi od eksperckich porad.

W Wielkiej Brytanii w latach 20. XX w. Winston Churchill, ówczesny kanclerz skarbu, za namową bankierów, w tym szefa Banku Anglii, postanowił przywrócić standard złota. Jego doradcy popełnili jednak kardynalny błąd, ustanawiając zbyt wysoką wartość funta w relacji do kruszcu. W efekcie kraj doświadczył załamania gospodarczego. Gdy w 1917 r. w Stanach Zjednoczonych wprowadzano prohibicję, popierający ją specjaliści przekonywali, że zaoszczędzone na produkcji alkoholu zapasy zboża zostaną przekierowane do aprowizacji oddziałów, które rząd oddelegował na front I wojny światowej. Oczywiście eksperci nie przewidzieli skali działalności alkoholowego podziemia, które wciąż korzystało z zasobów zbóż. Nie mówiąc o tym, że nie przewidzieli powstania zorganizowanej mafii, z którą rząd USA musi walczyć do dzisiaj.

W USA wpływ specjalistów na rozwiązania polityczne był zauważalny już pod koniec XIX w., gdy niektóre stany zaczęły wprowadzać za ich radą eugenikę, czyli podejmować próbę eliminacji ze społeczeństwa osób upośledzonych umysłowo, czarnych czy niepełnosprawnych oraz ograniczenia napływu osób „nieużytecznych społecznie”, np. emigrantów z Europy Środkowo-Wschodniej. Celem był „rasowy postęp”, a głównym narzędziem przymusowa sterylizacja i zakazy małżeństw oraz współżycia seksualnego. Te praktyki miały wsparcie uznanych amerykańskich naukowców, którzy – jak się potem okazało – chętnie w swoich „raportach” przekłamywali prawdy naukowe i naginali metodologię. Ich rady politycy przez dekady kupowali w ciemno. Eugenika umarła dopiero w latach 70. XX w.

Do świeższych eksperckich kompromitacji, które realnie pogorszyły byt społeczeństw, należy zaliczyć pomyłki agencji ratingowych i nieodpowiedzialną działalność instytucji hipotecznych Freddie Mac i Fannie Mae, które doprowadziły do kryzysu finansowego w 2008 r. Eksperci niezbyt dobrze spisali się, projektując strefę euro, czym przyczynili się do jej niestabilności, nie zdołali wypracować pomysłów na rozładowanie fali masowej imigracji ani zapobiec zamachom terrorystycznym mimo ogromu danych dostępnych analitykom wywiadu.

A jednak ekspertów nikt nie rozlicza. Nie wychodzimy tłumnie na ulice protestować przeciw ich bolesnej nieskuteczności. Dlaczego? Może słowa, które padają we wspomnianej już „Ucieczce od wolności”, są aktualne? Fromm pisał: „Przerażona jednostka szuka czegoś albo kogoś, do kogo mogłaby się przywiązać, niezdolna jest już dłużej być swoim własnym, indywidualnym ja, desperacko usiłuje pozbyć się go i poczuć znowu bezpieczna, zrzuciwszy to brzmię własnego ja”.

Fromm tłumaczył w ten sposób narodziny nazizmu, czy – szerzej – sytuację, w której ludzie są skłonni wyzbyć się wolności decydowania o sobie, ale czy te zdania nie mogłyby się odnosić także do naszej i naszych polityków wiary w eksperckie osądy?

Oświecony tłum, głupia tłuszcza

Odrzucenie doradców en bloc to także przepis na katastrofę. Co jednak zrobić, by promować tych skutecznych, a nie blagierów? Są na to sposoby.

„Eksperci od ekspertów” uważają, że należy wypracować jasne mechanizmy, które nagradzają za dobre, a karzą za złe prognozy. Cena błędu powinna być na tyle wysoka, by motywować do większego wysiłku, ale też na tyle niska, by specjalistów nie wystraszyć. Możemy obcinać im premie, ale nie powinniśmy obcinać im głów. Tych, którzy zaliczają seryjne wpadki, należy marginalizować, nagłaśniając „wtopy”. Niereformowalne jeże powinny podlegać medialno-politycznemu ostracyzmowi.

Jednocześnie należałoby opracowywać metody doskonalące eksperckie analizy.

Tym tropem idzie prof. Tetlock, gdy proponuje ekspertom uczestnictwo w „Projekcie Dobrego Osądu”, który prowadzi od 2011 r. Zajmuje się tam nie tylko oceną ich kompetencji, lecz przede wszystkim próbuje hodować lisy. Udaje mu się. Skuteczność przewidywań osób należących do projektu szacowana jest na 30 proc. wyższą niż skuteczność przewidywań oficerów amerykańskiego wywiadu z dostępem do tajnych informacji.

Autorzy „Ucieczki od demokracji” chcą, by specjaliści przestali wyręczać nas w decyzjach dotyczących gospodarki i proponują coś na wzór obywatelskiej ławy przysięgłych. „Zamiast zatrudniać ekspertów do podejmowania decyzji w kwestiach regulacyjnych, powinno się oddać decyzje komisjom złożonym z losowo wybieranych ludzi, którym wcześniej eksperci te kwestie by tłumaczyli” – piszą Peart i Levy. Zarówno oni, jak i Tetlock wpisują się w nowe rozumienie udziału zbiorowości w życiu politycznym – takie, w którym tłum nie jest z konieczności głupią tłuszczą. Więcej, właśnie dlatego, że jest tłumem, ma pewne kompetencje.

Tego rodzaju myślenie wprowadził do „głównego obiegu” intelektualnego James Surowiecki w 2005 r. książką „Mądrość tłumu”. Surowiecki uważa, że „zbiorowość” może wiedzieć o rzeczywistości więcej niż specjaliści, pod warunkiem że każdy jej element buduje swoją wiedzą w oparciu o własny osąd, a nie naśladując zachowanie grupy. Uśrednienie takich suwerennych opinii daje jego zdaniem niezwykłe rezultaty – tłum nie tylko oszacuje trafnie wagę wołu (słynny eksperyment Johna Galtona z początku XX w.), lecz także trafniej od ekspertów odgadnie, czy dyktator kraju X posiada broń biologiczną albo czy Manchester United wygra ligę.

Zdaniem Surowieckiego, gdyby w demokracji częściej odwoływano się do decyzji zbiorowości, wyszłoby to społeczeństwu na dobre. „Specjaliści nie wiedzą, że czegoś nie wiedzą, gdy poleganie na tłumie zwiększa prawdopodobieństwo znalezienia informacji, o której wiadomo, że gdzieś istnieje. Dopóki grupa jest odpowiednio różnorodna i niezależna, pomyłki jednostek znoszą się wzajemnie, a pozostaje wyłącznie jej wiedza” – pisze Surowiecki.

Czy to właściwy wniosek? Eksperci zapewne się z nim nie zgodzą.