Robert Mazurek: A co jest fajniejsze: forsa czy władza?
Adam Hofman: Oba te światy mają swoje deficyty.

Czyżby stracił pan wiarę?
Żywiłem wiarę w bezwzględny prymat władzy. To było myślenie: kasę to może mieć każdy, ale tylko władza liczy się naprawdę. To wokół niej są pieniądze, na usługach polityki jest prawo i najważniejsi prawnicy, naukowcy, artyści – wszyscy. Bo wszystko tak naprawdę kręci się wokół władzy.

Wszystko?
Tak wtedy myślałem. Kiedy byłem w polityce to – wbrew obiegowej opinii – nie szukałem w niej forsy, ale chciałem mieć więcej władzy. I miałem ją w wymiarze prestiżowym, nie realnym, ale rozumiem, jak smakuje.

Dziś miałby pan większą.
I to by mnie kręciło, tak jak kręciło przez dziesięć lat. Polityka daje ci władzę, ale dzięki niej się nie dorobisz, nie w polskich warunkach – to jest jeden z tych deficytów.

A drugi?
Z drugiej strony nawet mając bardzo duże pieniądze możesz cierpieć na deficyt władzy. Możesz sobie kupić cały powiat, bo masz tyle forsy, ale na oficjalnych uroczystościach stoisz w siódmym rzędzie, a pan poseł jest najważniejszy i hołubiony.

To boli?
Niektórych na pewno, stąd frustracje i transfery – biznesmen chce zostać politykiem, rzadziej polityk biznesmenem.

I nadal nie powiedział pan, co jest fajniejsze.
Rozumiem, że pyta pan mnie jako gościa, który próbował i jednego, i drugiego, ale ja naprawdę nie potrafię odpowiedzieć. Nadal nie wiem, co kręci bardziej, choć rzeczywiście straciłem wiarę we wszechmoc polityki.

Kiedy pan ją stracił?
Kiedy mnie tej władzy pozbawiono i musiałem zająć się czymś innym.

Brzmi szczerze.
Bo tak było. Przecież mnie wyrzucono z polityki, sam bym tej decyzji nie podjął. Oczywiście mogłem się pazurami trzymać i może by się udało, ale wypchnięty wolałem spróbować gdzie indziej.

Przypominają panu czasem Madryt?
Pewnie, zwłaszcza jak przewodniczący Petru zrobił sobie wycieczkę, to wyjazdy do tapas barów stały się modne. Będzie się to za mną ciągnąć i trzeba nauczyć się z tym żyć.

Myślałem, że powie pan, że nie ma tego złego…
Odebrałem dużą lekcję pokory, ale widocznie było mi to potrzebne. Może to był ostatni czas, by w życiu coś zmienić? Pewien mądry, życzliwy mi człowiek powiedział niedawno: „W sumie to dobrze, że wypadłeś z polityki, bo co ty byś robił? Do końca życia byłbyś posłem?”. No właśnie, do końca życia być w Sejmie, jeszcze co najmniej trzydzieści lat…

Cała rozmowa w piątkowym Magazynie DGP