Robert Mazurek: Adamie, zawsze chciałeś być misjonarzem?
Ksiądz Adam Marek Pergół: Nie wiadomo skąd to przyszło. W seminarium jeździłem do sióstr misjonarek matki Teresy, bo zawsze chciałem pracować wśród biednych, ale też myślałem, że jak zostanę księdzem, dostanę jedną, drugą wypłatę, to mi przejdzie.

I nic?
Niestety, nie przeszło. Po pierwszym roku pracy w parafii w Płocku już wiedziałem, że chcę wyjechać.

Tak było źle?
Było bardzo fajnie, dobry proboszcz, świetnie rozkręcił parafię, ale ja już wiedziałem. I wiedziałem, że to będzie Afryka.

A co wtedy wiedziałeś o Afryce?
Nic, poza tym, że tam są biedni.

Biedni są wszędzie.
Ale moi biedni byli w Afryce. Jak powiedziałem rodzicom, to spodziewałem się szoku, a oni na spokojnie: „Myśmy wiedzieli”. Nie wiem skąd, bo nigdy z nimi o misjach nie rozmawiałem, ale wiedzieli.

Biskup się zgodził i co dalej?
Referent misyjny mówi, że potrzebują księdza w Zambii. Myślę tak: brzmi ładnie, prosta w wymowie, w pisowni też, niech będzie. Spojrzałem na mapę i już. Rok przygotowań w Polsce i 31 stycznia 2001 r. wylądowałem na lotnisku w Lusace. I prosto z lotniska śp. Jan Krzysztoń zawiózł mnie do Mpunde.

Pierwsze wrażenia?
Dużo czarnych, mało białych, czerwona ziemia.

A warunki?
Tuż potem doszedłem do wniosku, że w zasadzie całą Afrykę powinien zamknąć sanepid. Nie spełnia żadnych norm. Pamiętam, jak organizowaliśmy w Polsce obozy harcerskie, ile było koło tego zamieszania, a tu żadnych norm i wszyscy żyją.

Nie znałeś języka.
W cibemba ani słowa. Na początku Janek dał mi nauczyciela, dziadka bez wykształcenia, otwieramy mszał i zaczynamy od znaku krzyża: „Kwishina lyakwa Tata, na Mwana, na Mweo Mutakatifu. Amen”. Po dwóch tygodniach mogłem czytając odprawić mszę. Miałem nadzieję, że w mszale żadnych głupot nie napisali, więc odprawiałem. Na kurs języka zostałem wysłany do jednej z wiosek…

Kurs języka?
Pojechałem do wykwintnego domku w Butwie. Wykwintnego, bo murowanego i z dachem z blachy. Woda i wszystkie wygody były na zewnątrz. A kurs? Przychodziło do mnie trzech panów i próbowaliśmy się dogadać. Na początku była jakaś książka, ale to nie szło, bo nie potrafili wytłumaczyć mi zasad gramatyki, a nasza mentalność jest taka, że musimy zrozumieć, dlaczego tak się mówi. W momencie kiedy przestałem dociekać, a zacząłem powtarzać i uczyć się całymi zdaniami, sentencjami, to poznałem bemba. No i tak spędziłem trzy miesiące.

CAŁA ROZMOWA W PIĄTKOWYM MAGAZYNIE DGP