Jeśli wpisać ten termin w wyszukiwarkę na stronie moskiewskiego MSZ, wychodzi 126 rekordów. 31 sierpnia rzeczniczka Ławrowa Marija Zacharowa mówiła o amerykańskich demokratach, którzy "uczynili z rusofobii podstawę swojej działalności zawodowej". 15 sierpnia Zacharowa wspominała o "gołosłownych oskarżeniach rusofobów", że Rosja wtrąca się w konflikt polityczny w Macedonii. A 7 sierpnia zastępca Ławrowa Siergiej Riabkow mówił magazynowi "Mieżdunarodnaja żyzń", że "sztucznie podniesiona fala rusofobii" wpływa negatywnie na handel z USA. To tylko przykłady z ostatniego miesiąca.

Zresztą kto z naszych polityków nie okazywał się rusofobem? Szef senackiej komisji obrony Franc Klincewicz niedawno oskarżył Witolda Waszczykowskiego o prowadzenie "otwarcie nacjonalistycznej, rusofobicznej polityki, która stała się wizytówką Polski". O Donaldzie Tusku, gdy ten oskarżył Moskwę o próby wprowadzania podziałów w ramach UE, Ławrow mówił, że "wziął na siebie czelność wystąpienia w imieniu wszystkich członków UE z otwarcie rusofobicznej pozycji". O rusofobię, choć nie na tak wysokim szczeblu, oskarżano po pierwszym ukraińskim Majdanie 2004 r. nawet Aleksandra Kwaśniewskiego. Gdyby brać te słowa za dobrą monetę, mielibyśmy do czynienia z jakąś formą antyrosyjskiego POPiS-u, w dodatku z lewicą na doczepkę.

Interesy Polski i Rosji są wzajemnie sprzeczne i takie pozostaną. Argument, że wynika to z rusofobii, służy izolowaniu Polski na arenie międzynarodowej i tworzeniu na użytek Rosjan obrazu wroga zewnętrznego. Rolą polskiej dyplomacji nie jest przesadne przejmowanie się płynącymi z Moskwy połajankami, lecz cierpliwe przypominanie tej prostej prawdy na Zachodzie. Europejscy politycy w zależności od okresu historycznego przyjmowali rosyjskie argumenty o "tradycyjnej polskiej rusofobii" z większym bądź mniejszym zrozumieniem. Po agresji Rosji przeciwko Ukrainie to zrozumienie znacznie zmalało, bo stało się ewidentne, że nasze ostrzeżenia przed zagrożeniem płynącym ze strony Kremla nie były wzięte z sufitu. Warto, by tak pozostało.