Jakże oburzały się przed laty środowiska solidarnościowe, kiedy Jolanta Kwaśniewska szukała w spółkach publicznych pieniędzy na swoją fundację zajmującą się dobroczynnością. Korzystała ze swoich wpływów politycznych.

Przecież to są nasze pieniądze – trafiłyby w postaci dywidendy do budżetu państwa. Gdyby jeszcze te pozyskiwane przez PFN od firm poszły na kampanie wizerunkowe, na przedsięwzięcia kulturalne, można by na ten obcesowy obyczaj przymknąć oczy, tłumacząc ogólnym pożytkiem. Ale kampania w sprawie „naprawy sądownictwa” jest kampanią jednej z partii promującą konkretny projekt. Standard trudno zapisać, ale każdy czuje, o co chodzi.

Kojarzy mi się to z odległym zdarzeniem. W 1928 r. BBWR marszałka Piłsudskiego wziął sobie z budżetu państwa pieniądze „na wybory”. W odpowiedzi opozycja postawiła przed Trybunałem Stanu ministra skarbu Gabriela Czechowicza. Nie udało się go skazać. Niezależnie od ogólnych racji historycznych, był to konflikt typowy dla państwa zmierzającego ku autorytaryzmowi. W latach 30. XX w. dość naturalny, a na tle innych krajów całkiem łagodny. Ale dziś? Kto mógł przypuszczać, że stare kostiumy powrócą w drugim dziesięcioleciu XXI w.?

PiS zawsze z oburzeniem odrzuca podejrzenia o autorytarne skłonności, ale depcze obyczaj pozwalający odróżniać normalne demokracje od „półdemokracji”, w których granica między kasą państwową a partyjną jest płynna. Politycy poprzednich ekip zapewne korzystali z zasobów spółek Skarbu Państwa, ale nie w takich rozmiarach i kryjąc się z tym. Obłuda jest hołdem składanym cnocie. Tu ustanawia się nowy obyczaj. Obyczaj nieprzyzwoity.

Kampania „Sprawiedliwe sądy”, prawie dwa razy droższa od całej kampanii prezydenckiej Andrzeja Dudy (ktoś na tym zarobi), jest krytykowana jako nieporadna. Nie chcę oceniać kiepskich – zdaniem fachowców – spotów i nie do końca czytelnych billboardów. Możliwe, że co do ogólnej intencji mnożenie drastycznych przykładów niewydolności sądownictwa i grzechów sędziów przemówi raz jeszcze do bardzo wielu Polaków.

Nie dowiedzą się jednak z rzucanych haseł, że akurat dwa projekty, które wróciły do Sejmu za sprawą weta prezydenta, z efektywnością sądowych postępowań mają niewiele wspólnego. Z rozliczaniem sędziów z ich grzechów już więcej – by przypomnieć planowaną Izbę Dyscyplinarną przy Sądzie Najwyższym, która ma się znaleźć także w projekcie prezydenckim (i której zwolennikiem jestem). Za kampanią stoi jednak rząd, który upiera się, że pierwotne projekty ministra Ziobry były doskonałe. Pytanie zatem, czy większe uzależnienie sędziowskich nominacji od ministra, a wyboru Krajowej Rady Sądownictwa od partii rządzącej jest receptą na wyższe morale wymiaru sprawiedliwości.

Wiadomo, i pada to nawet w spotach, że 80 proc. Polaków tak czy inaczej oczekuje naprawy sądów. Po co więc ta kosztowna, finansowana z publicznych pieniędzy akcja? Naturalnie jest ona tłem dla rozgrywki z prezydentem. Ponieważ PiS utożsamia naprawę ze swoimi konkretnymi rozwiązaniami, chce wytworzyć atmosferę nacisku. Adresatem jest głowa państwa, choć piątkowe spotkanie Andrzeja Dudy z Jarosławem Kaczyńskim podobno wygasiło emocje. Nie zdziwię się, jeśli dowiemy się wkrótce pocztą pantoflową, że prezes z kampanią nie ma nic wspólnego, że wymyślili ją ludzie pani premier, coraz wyraźniej zagrożonej wymianą na samego Kaczyńskiego.

Adresatem kampanii jest też opozycja, która znowu wróci do kwestionowania w parlamencie sensu naprawy. Przywoływana na billboardach formuła Andrzeja Rzeplińskiego „żeby było jak było”, choć wyjęta z kontekstu, jest cechą i zmorą myślenia partii i mediów opozycyjnych. PiS każe nam niestety wybierać między zachowawczością a la Burboni a gnaniem na skróty a la jakobini. Przykry to wybór.