Chiny od dekad prowadzą wojnę z rozszerzającą się pustynią Gobi. Program Trzech Północnych Pasów Ochronnych, potocznie nazywany Wielkim Zielonym Murem, to gigantyczny projekt, który wystartował w 1978 roku. Władze zaplanowały jego zakończenie na rok 2050. Oznacza to ponad siedem dekad nieprzerwanej pracy nad zmianą krajobrazu w 13 prowincjach.

Przez lata świat podziwiał statystyki napływające z Pekinu. Miliony hektarów nowych lasów miały być lekarstwem na pyłowe burze i jałowość terenu. Niestety, proste przeliczniki – im więcej drzew, tym lepiej – okazały się błędne. Naukowcy biją na alarm: chińska strategia zalesiania uderza w fundamenty lokalnej hydrologii.

Dane z ostatnich 20 lat ujawniły paradoks

Przełom w ocenie projektu przyniosły badania Qianga Ana z Chińskiego Uniwersytetu Rolniczego. Jego zespół poddał analizie dane satelitarne z ostatnich dwudziestu lat. Wyniki zaskoczyły nawet ekspertów. Jak podaje focus.pl, mimo wzrostu opadów w niektórych regionach, wilgotność gruntów systematycznie spada.

Reklama

Problem polega na tym, że statystyki dotyczące pokrywy leśnej nie uwzględniają gospodarki wodnej całego ekosystemu. Satelity rejestrują zielone punkty, ale nie widzą, co dzieje się pod powierzchnią ziemi. Tam właśnie toczy się walka o każdą kroplę wilgoci, którą nowe lasy wygrywają kosztem warstw wodonośnych.

Reklama

Drzewa jako potężne pompy

Dlaczego drzewa, zamiast zatrzymywać wodę, przyczyniają się do jej utraty? Odpowiedź kryje się w procesie zwanym ewapotranspiracją. Rośliny pobierają wodę z głębi ziemi za pomocą systemu korzeniowego, a następnie uwalniają ją w postaci pary przez aparaty szparkowe w liściach.

W suchym klimacie północnych Chin drzewa działają jak gigantyczne, niezatrzymane pompy. Wyciągają wilgoć z gleby znacznie szybciej, niż deszcz jest w stanie ją uzupełnić. W efekcie rzeki niosą mniej wody, a lustro wód podziemnych opada. Skupienie się wyłącznie na liczbie sadzonek okazało się krótkowzrocznym podejściem, które ignoruje podstawowe prawa biologii i fizyki.

Naukowcy wskazują na jeszcze jedno zjawisko: recykling wilgoci. Para wodna, którą drzewa uwalniają do atmosfery, nie znika. Przemieszcza się z wiatrem i może spaść w formie deszczu, ale często dzieje się to setki kilometrów dalej. To tworzy swoistą grę o sumie zerowej. Obszary położone "z wiatrem" mogą cieszyć się dodatkowymi opadami, podczas gdy tereny, z których wilgoć została wypompowana, cierpią na chroniczny deficyt wody. Qiang An podkreśla, że bez zintegrowania tego procesu z planowaniem zasobów wodnych, konflikty o dostęp do wilgoci będą narastać. Jak podaje focus.pl, zarządzanie wodą musi stać się priorytetem ważniejszym niż samo sadzenie lasów.

Północ kontra południe Chin

Badania pokazały wyraźną różnicę między regionami Chin. O ile na suchej północy zalesianie sieje spustoszenie w zasobach wodnych, o tyle na wilgotnym południu sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Tam przyrost lasów często pomaga w lepszym nawodnieniu terenu, nawet w porach suchych.

To kluczowy wniosek dla planistów: nie istnieje jedna, uniwersalna strategia ekologiczna. To, co sprawdza się w dżungli, może być zabójcze dla stepu czy półpustyni. Każde drzewo posadzone w niewłaściwym miejscu staje się szkodnikiem, który niszczy lokalną równowagę hydrologiczną.

Afryka wybiera inną drogę. Lekcja z błędów Chin

Doświadczenia Azji bacznie obserwują twórcy afrykańskiego Wielkiego Zielonego Muru w regionie Sahelu. Inicjatywa ta, rozpoczęta w 2007 roku, od początku stawia na inne metody. Zamiast ślepego pościgu za liczbą sadzonek, Afryka koncentruje się na odtwarzaniu zdegradowanych gruntów w sposób naturalny. W regionie Sahelu woda jest traktowana jak skarb. Lokalne społeczności stosują tradycyjne techniki, które wspierają naturę, a nie próbują jej zdominować.

Celem Afryki jest odnowienie 100 milionów hektarów ziemi do 2030 roku. Choć projekt zmaga się z brakiem funduszy, jego filozofia wydaje się znacznie bezpieczniejsza dla ekosystemu niż model chiński.