Już niedługo obchodzić będziemy rocznicę protestów przed Sejmem i okupacji sali obrad przez opozycję. Była wówczas wolnościowa, mocna narracja - a dzisiaj narracja jest bardzo ważna! Była motywacja. Były media, które w noc wirtualnej dyktatury, w przerwach między blokami reklamowymi, informowały na bieżąco, co się dzieje w parlamencie.

Skończyło się na niczym. Ryszard Petru ma co najmniej dwie zasługi w polskiej polityce. Pierwszą - stworzył Nowoczesną, partię, która ramię w ramię z PiS obaliła nieco sklerotyczny PO-land. Drugą - że w czasie walki ze smokiem wyjechał na kilka dni do ciepłych krajów. On, a nieco wcześniej bojownik demokracji symulujący, że był ofiarą policji (albo rządowego samochodu), ukazali rys farsy w batalii z faszyzmem. To wystarczyło, aby para zeszła z narodu - a przecież naprawdę mogło być wtedy niedobrze, mogło dojść do obalenia niesympatycznej, demokratycznie wybranej władzy, na sympatyczną, wybraną przez „tych, co wiedzą lepiej”.

Jak wyglądałaby Polska, gdyby rok temu opozycja blokująca salę obrad Sejmu i rozgrzewająca demonstrantów pod Sejmem doprowadziła do upadku władzy? Gdyby marzenia się spełniły i masy demokratów przejęły parlament, przy życzliwej bezradności policji i uśmiechów Europy? Byłby to kraj nienaruszonej pozycji Trybunału Konstytucyjnego, kraj starego Sądu Najwyższego. Byłby to zapewne kraj gimnazjów. Najprawdopodobniej maszyny nie wjechałyby do Puszczy Białowieskiej, fundusze z UE byłyby mniej narażone na obniżenie. Uczestników miesięcznic smoleńskich nadal można byłoby bezkarnie blokować, a nawet samego Macierewicza. Byłby to wreszcie kraj „naszych”, nie „ich”, tych januszy, pałkarzy, oenerowców, hipokrytów, fanatyków, putinków, kaczafich i moherek (i ministra Błaszczaka).

Byłby to kraj par excellence niedemokratyczny? A tam.