Na znacznie ważniejsze placówki niż u nas trafiają często znajomi aktualnego prezydenta USA albo ludzie, którzy hojnie zrzucili się na jego kampanię. Amerykańskie podejście do dyplomacji różni się od niemieckiego czy rosyjskiego. Pełen profesjonalizm ma być cechą charakterystyczną personelu dyplomatycznego. I jest! Dzięki temu kierowanie placówką może być atrakcyjną synekurą, politycznym łupem rozdawanym w nagrodę przez aktualnego prezydenta. Donald Trump jest w tej sferze kontynuatorem, a nie modernizatorem zwyczajów Departamentu Stanu.

I są na to twarde dowody. W 2013 r. zrzeszające zawodowych dyplomatów Amerykańskie Stowarzyszenie Służby Zagranicznej (AFSA) wyliczyło, że aż 35 proc. nominacji ambasadorskich, które do tamtego momentu ogłosił Barack Obama, przypadło świeżo upieczonym dyplomatom bez wcześniejszego doświadczenia w tym zakresie. U George’a W. Busha było 30 proc. politycznych nominatów, u Billa Clintona – 27,8 proc., a u George’a H.W. Busha – 31,3 proc. I myliłby się ten, kto by myślał, że synekury dotyczą tylko łatwych i przyjemnych placówek w ciepłych krajach, jak Bahamy, Fidżi czy Malta.

Za czasów Obamy osoby spoza służby zagranicznej trafiły choćby do Austrii, Belgii, Francji czy Singapuru. Albo do Szwecji, którą obsadził Matthew Barzun, do tamtego momentu menedżer z CNET, serwisu zajmującego się nowymi mediami. Obama nie powierzył mu służby w dyplomacji ze względu na znajomość internetu. Barzun był po prostu jednym z najważniejszych fundraiserów polityka, tak przed pierwszymi, jak i drugimi wygranymi przez niego wyborami. W 2012 r. zebrał 720 mln dol., w dodatku skromne 2,3 mln dol. dorzucając od siebie. Po Sztokholmie trafił na ambasadora do Londynu.

AFSA przeanalizowało wszystkie nominacje ambasadorskie z lat 1960–2013. Co się okazało? Ani jeden z 19 ambasadorów w Irlandii nie był zawodowym dyplomatą. Polityczni nominaci nieprzerwanie kierowali też placówką przy Stolicy Apostolskiej: ciekawy Rzym, dobra pogoda, świetna kuchnia, mała odpowiedzialność. Zawodowcem był tylko jeden z 16 ambasadorów w Wielkiej Brytanii i dwóch z 21 szefów placówki w Szwajcarii.

W sumie 72 proc. ambasadorów pracujących na Karaibach i w Europie Zachodniej dostało bilet ze względów politycznych. Z zestawienia AFSA wynikało zaś, że nigdy się za to nie zdarzyło, by kolega prezydenta trafił do Jemenu, Republiki Środkowoafrykańskiej czy Somalii. Ubogie, niebezpieczne kraje, po których można się poruszać najwyżej opancerzonym hummerem, lepiej zostawić prawdziwym dyplomatom, którzy i tak nie mają innego wyjścia, jak służyć swojej ojczyźnie. W efekcie w Afryce i na Bliskim Wschodnie polityczni nominaci obsadzili jedynie 15 proc. posad.

Polska była gdzieś wśród tych mniej lubianych państw. Wśród 15 przeanalizowanych szefów tylko czterech uznano za politycznych nominatów. Ostatnich dwóch ambasadorów, w tym odchodzący – jak się właśnie okazało – Paul Jones, to zawodowcy. Ale już urzędujący w latach 2004–2009 Victor Ashe wcześniej pełnił raptem funkcję burmistrza Knoxville w stanie Tennessee. Z racji tego, że był blisko związany z Republikanami, trzeba było znaleźć mu placówkę. Na Polskę padło przypadkowo, bo jako szef ratusza nawiązał relacje partnerskie z Chełmem.
Paradoksalnie więc można postawić tezę, że im więcej wśród kolejnych kierowników amerykańskiej placówki przy warszawskich alejach Ujazdowskich będzie kolegów i dobrych duchów partii rządzącej akurat w Białym Domu, tym lepiej. Będzie to bowiem znaczyć, że ambasada nad Wisłą jest uważana za atrakcyjną. W końcu nie po to ktoś się dorzuca do kampanii prezydenckiej, żeby trafić do państwa, które mu się źle kojarzy.