Trwają rozmowy o zakupie dwóch używanych fregat Adelaide od Australii. To koszt ok. miliarda złotych, do tego trzeba doliczyć środki na systemy uzbrojenia – znając życie, co najmniej drugie tyle. Powinniśmy się cieszyć czy martwić z tego zakupu dla polskiej Marynarki Wojennej?

Gen. Waldemar Skrzypczak: Przede wszystkim trzeba mieć świadomość, że choć politycy jeszcze tego nie ogłosili, to decyzja o zakupie tych okrętów już zapadła. Tak więc nasza rozmowa i tak już niczego nie zmieni, możemy jedynie zastanowić się nad skutkami tej decyzji, ewentualnie wpływać na ostateczny kształt umowy. Kluczowe jest, byśmy kupili te okręty bezwarunkowo, a nie tak jak kiedyś fregaty typu Oliver Hazard Perry (OHP) od Stanów Zjednoczonych. Kupujemy sprzęt stary, tak więc Australijczycy, a pośrednio Amerykanie, i tak nie znajdą na nie kupca. Nie może być tak, że znów potraktuje się nas jak takich, co to nie mają pojęcia, czym jest okręt.

Co pan ma na myśli, mówiąc bezwarunkowo?

Z OHP, które są obecnie w służbie, nie możemy zrobić nic bez zgody Amerykanów. Ani modernizować, ani wysłać na żyletki, ani sprzedać. Towar kupiony, ale nie do końca nasz. Jeśli tak samo będzie z fregatami od Australii, to będzie to dla polskiej strony bardzo niekorzystne. Analiza kosztów utrzymania OHP robiona w 2012 r. jasno pokazała, że reszta Marynarki Wojennej się nie rozwijała, bo te fregaty pochłaniały większą część budżetu dla marynarzy.

Obecnie Marynarka Wojenna tak naprawdę nie ma na czym pływać. Jak kupimy adelajdy, to coś będzie.

Ale nie powinniśmy brać czegokolwiek. Musimy dokonać analizy, czy potencjał adelajd pozwoli nam przeciwstawić się Rosjanom, ich systemom morskim na Morzu Bałtyckim.

Przecież mówi się o tym, że te okręty mają stosunkowo duże zdolności obrony przeciwlotniczej.

Na pewno nie takie, by zwalczać najnowsze pociski rosyjskie. A to z naszego punktu widzenia jest kluczowe. Okręty muszą je przynajmniej zauważyć, nie mówiąc już o zestrzeleniu. Australijczycy nigdy nie mieli takiego przeciwnika jak Rosja. Teraz są tam mocni Chińczycy, ale wcześniej, gdy pozyskiwano te okręty, nie było w tamtym teatrze działań tak rozwiniętej potęgi wojskowej. My niestety graniczymy z państwem mającym jedne z najbardziej nowoczesnych systemów uzbrojenia na świecie. Ten zakup nie powinien mieć uzasadnienia politycznego – że zbliżają się wybory, że NATO tego oczekuje – ale wojskowe, czyli takie, że pozwoli nam to w pewnym stopniu zniwelować potencjał Rosjan. Tylko wtedy ma sens zakup używanych okrętów.

Krytycy tego zakupu mówią, że to negatywnie wpłynie na polski przemysł stoczniowy.

Mówiąc o tym bezwarunkowym zakupie, mam na myśli również to, że polski rząd powinien uruchomić niezwłocznie zakup nowych okrętów w polskich stoczniach, nie zważając na zakup tych używanych fregat. Niezależnie od tego, czy ich właścicielem jest Skarb Państwa czy podmioty prywatne, powinniśmy inwestować w potencjał naszych stoczni. A tego nie robimy.

Nie boi się pan, że jak kupujemy adelajdy, to „rozwiązanie pomostowe” znowu zostanie u nas na lata i tak naprawdę nic innego nie kupimy?

To zahamuje proces budowy bojowych okrętów typu Miecznik i Czapla, i politycy mają tego świadomość. Wydanie 2 mld zł na stare okręty oznacza, że ta kwota nie pójdzie w nowe polskie okręty. To może być śmierć dla polskiego przemysłu stoczniowego i okołostoczniowego, jak firm tworzących systemy nawigacji czy łączności. Gdyby obecna władza kupiła adelajdy i uruchomiła programy Miecznik i Czapla, to marynarze tej władzy powinni budować pomniki. Ale jeśli to się skończy tylko na adelajdach, to politycy PiS pogrzebią polski przemysł stoczniowy.