Wyobraźcie sobie trójkę wyborców. Jedynka to zamożny wielkomiejski prawnik, który uważa, że w życiu nie ma darmowych obiadów. Jednocześnie nie ma żadnego problemu z tym, by jego gejowscy przyjaciele mogli się wreszcie pobrać. Dwójka jest kasjerką. Ciężko pracuje i każdy program zasiłkowy to dla niej realna pomoc. Zarazem z niepokojem obserwuje, że o zajęcie musi konkurować z jeszcze tańszymi napływowymi pracownikami. Wyciąga więc logiczny wniosek, że imigrację trzeba wreszcie jakoś uregulować i bardzo ją denerwuje, że media nazywają ją z tego powodu ksenofobką. I wreszcie trójka: drobny przedsiębiorca z prowincji, który jest głęboko religijny i uważa, że aborcja to zło. Ale w czasie niedawnego kryzysu uchodźczego mocno angażował się w pomoc dla przybyszów, motywując to biblijnym „głodnego nakarmić, spragnionego napoić”.

Jeśli naniesiemy poglądy polityczne naszej trójki na klasyczną oś prawica – lewica, dostajemy pełną mieszankę poglądów. Jak to w życiu, każdy z nich ma przekonania częściowo konserwatywne, a częściowo progresywne. Jedni są progresywni ekonomicznie, ale konserwatywni światopoglądowo. Inni odwrotnie. Przychodzi moment wyborów politycznych. Na kogo głosują? Najpewniej będzie 3:0 dla prawicy. Najlepsze, co może w takim gronie ugrać lewica, to głos prawnika i rezultat 1:2.

Przykład został zaczerpnięty z pracy politologa Noama Gidrona z Uniwersytetu Harvarda. Nosi ona tytuł „Many Ways to be Right” z 2016 r. Gidron nie pisze oczywiście o polskim wyborcy, tylko o amerykańskim, niemieckim, francuskim czy izraelskim. Za każdym razem wychodzi mu jednak to samo. Współczesna prawica lepiej odpowiada na potrzeby wyborców takich jak jedynka, dwójka i trójka. Albo inaczej: każdy z nich łatwiej mieści się dziś w prawicowej ofercie politycznej niż w jej lewicowym odpowiedniku. Potwierdzają to ostatnie wyborcze wyniki w wielu krajach zachodniego świata.

Dlaczego tak jest? To główne pytanie tekstu Gidrona. Politolog odpowiada na nie w sposób intrygujący. Jego zdaniem fenomenem naszych czasów (powiedzmy: ostatniej dekady) jest to, że prawica stała się naprawdę wielkim i szerokim namiotem. Rozdyskutowanym i (co ciekawe) niezwykle pluralistycznym nurtem politycznym, gdzie obok siebie mogą być ludzie o bardzo różnych światopoglądach. Nie wierzycie? To popatrzcie na Amerykę albo choćby na Polskę, gdzie jako „prawacy” określają się zarówno radykalnie prorynkowi libertarianie (np. Tea Party czy u nas Janusz Korwin-Mikke albo Łukasz Warzecha), jak i wielu związkowców, zwolenników głębokiej redystrybucji dochodu narodowego i opodatkowania wielkiego kapitału. Zaś w kwestiach obyczajowych można być dziś prawicą zarówno kosmopolityczną i laicką, jak i fundamentalistycznie religijną. Wszystkie te drogi teoretycznie powinny prowadzić do kolizji. Ale w praktyce ci ludzie jakoś się wzajemnie tolerują, a nawet politycznie współpracują. Narzekają czasem na brak spójności i wadzą się ze sobą, ale jak trzeba, idą razem i skutecznie zdobywają władzę.

Z kolei na lewicy jest dziś – zdaniem Gidrona – zupełnie inaczej. Tutaj dominuje dyskurs ekskluzywny. Trwa tropienie odszczepieńców. Żeby być prawdziwym lewicowcem, nie wystarczy mieć progresywnych poglądów gospodarczych. Trzeba jeszcze złożyć przysięgę na świętość całego pakietu obyczajowego. Zadeklarować swój feminizm, być zwolennikiem otwartych granic i jeszcze do tego, powiedzmy, antyklerykałem. Co ważne, odstępstwo od któregokolwiek z tych przykazań dyskwalifikuje i wyklucza z obozu postępu. Poprzeczka zawieszona jest niezwykle wysoko i potem przychodzi zdziwienie, że takich, co potrafią do niej doskoczyć, jest mniej, niż było kiedyś. O ile na prawo prowadzi dziś wiele dróg, o tyle na lewo zdaje się dziś wieść tylko jedna. I to jeszcze najeżona pułapkami – podsumowuje wniosek ze swej pracy amerykański politolog.

Oczywiście wielonurtowość budzi na prawicy pytanie: „Kim naprawdę jesteśmy”. I irytuje zwłaszcza centroprawicę, która monopolizowała odpowiedź na to pytanie przez kilka minionych dekad, a teraz musi pogodzić się z tym, że nie mniej ważną rolę odgrywają w obozie konserwatywnym radykałowie i dziwacy. Kongresowe republikańskie elity nie cierpią więc Trumpa, a część PiS-u po cichu zgrzyta zębami na Macierewicza i „Gazetę Polską”. Jeśli jednak lewica chciałaby z tego wyciągnąć jakiś wniosek, to chyba tylko taki, że ruch do centrum nie jest rozwiązaniem. Powrót do wielonurtowości wiedzie przez rozwinięcie skrzydeł. I większą otwartość na tych, którzy nie spełniają całego dekalogu „porządnego lewicowca”.