Najlepszy genetyk świata chce stworzyć sztuczne życie
Mówią o nim, że bywa egomaniakiem, dupkiem, pyskatym sukinkotem. Jego dawni współpracownicy oraz mentorzy wręcz go nienawidzą. Bo jest zdolny, pomysłowy, bez skrupułów. J. Craig Venter, najlepszy genetyk świata, to postać żywcem wyjęta z powieści science fiction, powieści, która dosłownie sama pisze się na naszych oczach - pisze DZIENNIK.
- I Ty masz geny dziobaka
- "Trzeba kontrolować ludzką chęć zmiany świata"
- Sztuczne życie już tuż, tuż
- Człowiek staje się coraz mniejszy
- Sztuczne życie o krok
- Bliźniaki nie są jak dwie krople wody
- Coś Cię swędzi? To przez geny
- Genetyka lepsza niż opryski
- Matura bez bólu >>
Pogoda
POLSKA
Piątek 2012-05-25

temp. min 5°C max. 22°C
opady:
brak
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Venter zamierza bowiem stworzyć sztuczne życie. Niezwykłą istotę. Bakterię, która ma produkować etanol - biopaliwo, które rozwiąże problemy energetyczne całej ludzkości. Nic zatem dziwnego, że nawet jego wrogowie przyznają, że to człowiek z wizją.
Ale takie pochwały z ust oponentów padają rzadko. Najczęściej określa się go mianem "bad boy" - złego chłopca współczesnej nauki. Czym Venter sobie na to zasłużył?
Może tym, że nie uznaje żadnych autorytetów. Nie przestrzega ścisłej hierarchii, jaka panuje w świecie nauki. Nie waha się sprzedawać swoich osiągnięć biznesmenom. Nie wstydzi się też
przyznać, że lubi zarabiać duże pieniądze.
Na fali
Craig Venter urodził się w 1946 roku w miejscowości Millbrae na przedmieściach San Francisco. Już w szkole był niezły w przedmiotach ścisłych. Choć wtedy jeszcze nauka nie pociągała go
tak bardzo - pragnął zostać surferem. Kiedy miał 17 lat, opuścił dom i od tej pory większość czasu spędzał na desce surfingowej lub na łodziach w okolicy zatoki Half Moon Bay.
Nie trwało to jednak długo. Venter musiał odsłużyć swoje w Wietnamie. By uniknąć przymusowego wcielenia do armii, kalifornijski nastolatek zaciągnął się sam - do marynarki. Po odbyciu
odpowiedniego szkolenia został przerzucony do Azji, gdzie służył w szpitalu w Da Nang. Nie był jednak wzorowym żołnierzem. Podczas pobytu w Wietnamie dwukrotnie stawał przed sądem wojennym
za odmowę wykonania rozkazu.
Za drugim razem ukarano go też za "powiedzenie wyższemu stopniem oficerowi, by zrobił coś, co jest anatomicznie niemożliwe".
Pobyt w Azji wpłynął na całe życie J. Craiga Ventera. Wojna w Wietnamie była naprawdę przerażająca. Nic dziwnego, że postanowił od tej pory sam kierować swoim życiem oraz czynić
świat lepszym. Ale - zauważyliby w tym miejscu jego krytycy - lepszy nie w rozumieniu uniwersalnym, ale w subiektywnym pojęciu Craiga Ventera.
Na ścieżkach nauki
W ojczyźnie Venter starał się przede wszystkim nadrobić czas, który stracił w Wietnamie. Ożenił się, zapisał do college’u, a potem
wstąpił na Uniwersytet Kalifornijski w San Diego, gdzie uzyskał podwójny doktorat z fizjologii i farmakologii. Tuż po studiach zdecydował, że interesuje go nie tyle przyjmowanie pacjentów,
ile prowadzenie badań naukowych. Początkowo pracował na Uniwersytecie Nowojorskim, gdzie wkrótce spotkał drugą żonę, jedną ze swoich studentek.
Jednak dopiero w 1984 roku wydarzyło się to, na co czekał od dawna - skończył z nauczaniem, przechodząc do amerykańskiego Narodowego Instytutu Zdrowia. W tym czasie tą utrzymywaną z rządowych funduszy placówką kierował człowiek legenda - James Watson, laureat nagrody Nobla z 1962 roku za opracowanie modelu przestrzennego helisy DNA. To właśnie dzięki jego odkryciom genetyka zawdzięcza swój obecny rozkwit.
W momencie, gdy do instytutu trafił Venter, Watson przystępował właśnie do realizacji swojego kolejnego projektu. Zamierzał zrobić coś, o czym genetycy do tej pory jedynie marzyli - zsekwencjonować ludzki genom. Odczytać - literka po literce - całą informację genetyczną zawartą w naszym DNA. Dzięki temu uczeni zyskaliby dostęp do unikatowych informacji o homo sapiens - w tym wiedzę o źródle wielu chorób trapiących ludzkość.
Venterowi pomysł szefa wyjątkowo przypadł do gustu. W końcu od lat nie pragnął niczego tak bardzo, jak pracować dla dobra ludzkości. Kiedy jednak przyjrzał się bliżej pracy swych kolegów z instytutu, uznał, że badają genom zbyt wolno. Stwierdził, że jeśli mamy korzystać z dobrodziejstw genetyki jeszcze za życia jego pokolenia, trzeba się spieszyć. I to bardzo.
Dlatego Venter wynalazł nowatorską metodę odczytywania ludzkich genów. To, co jego współpracownicy robili po kolei, on postanowił zrobić na skróty. Zauważył, że by odczytać informację z DNA, wystarczy skoncentrować się na samych końcówkach genów, wyizolować je i "przeskanować". Do tego zaś nie potrzeba żmudnych badań, ale kilku najnowocześniejszych komputerów.
W 1991 roku opis tej oryginalnej metody sekwencjonowania Venter opublikował w "Science". W kręgach naukowych zawrzało. Młody naukowiec bez osiągnięć ośmielił się
zakwestionować sposób pracy o wiele bardziej doświadczonych kolegów. Najgorsze miało jednak dopiero nadejść. W lipcu tego samego roku podczas specjalnego spotkania w amerykańskim senacie
James Watson całkowicie zdyskredytował pracę Ventera. Grzmiał: "To w ogóle nie jest nauka! Przecież maszyny liczące mogą być obsługiwane nawet przez małpy"!
Po tym wystąpieniu Venter obraził się na swego dawnego mentora. Rzucił pracę w Narodowym Instytucie Zdrowia i zaczął szukać funduszy na badania w gronie prywatnych sponsorów.
Między biznesem a nauką
Pomysły niepokornego uczonego, który zaczął już zyskiwać sławę w naukowym świecie, szybko przełożyły się na konkretne pieniądze. Wkrótce
Venter wraz z grupką kolegów założył Institute for Genomic Research - pierwszą z licznych organizacji, którym miał w przyszłości patronować. Placówka ta miała być organizacją non
profit, funkcjonującą dzięki grantom. Jednak wszystkie osiągnięcia Ventera trafiały do komercyjnego skrzydła firmy nazwanego Humane Genom Science, które miało na nich zarabiać. Tym samym
amerykański genetyk po raz pierwszy przekroczył cienką linię dzielącą naukę od komercji.
Na pierwsze sukcesy badawcze jego zespołu nie trzeba było długo czekać. W 1995 roku odczytali cały materiał genetyczny bakterii Haemophilus influenzae. Był to pierwszy przypadek rozszyfrowania kompletnego DNA żywego organizmu. Potem Venter skupił się na poszukiwaniu "minimalnego genomu" - najmniejszego zestawu genów, jaki musi mieć żywy organizm, by funkcjonować. Prace te musiał jednak przerwać, kiedy w 1998 roku biotechnologiczny koncern PerkinElmer namówił go, by stanął na czele nowej firmy, która zajmie się - ni mniej, ni więcej - odczytaniem ludzkiego genomu. Venter się zgodził i tak powstała Celera - organizacja, która rozpoczęła najsłynniejszy naukowy wyścig ostatniej dekady.
Dowcip jednak polegał na tym, że - jak pamiętamy - identyczne badania prowadził Narodowy Instytut Zdrowia w ramach projektu Human Genom Project. Rządowi naukowcy zaczęli rozplątywać ludzką helisę już w 1990 roku i mieli to skończyć piętnaście lat później. Tymczasem w 1998 roku Venter ogłosił, że zsekwencjonowanie genomu człowieka zajmie mu nie więcej niż trzy lata. Zapowiedział też, że udostępni swoje odkrycie, tworząc specjalną bazę danych, z której skorzystać będzie mógł każdy - ale odpłatnie.
W świecie nauki wybuchł skandal. Krytykowano sposób pracy Ventera, jego pośpiech oraz fakt, że pracuje dla prywatnego biznesu. A przede wszystkim miano mu za złe, że zamierza na swoim odkryciu zarabiać. To właśnie wtedy określono go jako "dupka", "idiotę" i "egomaniaka". Venter zachował jednak zimną krew. I, jak podkreślał w kolejnych wywiadach, obiecanego terminu zamierza dotrzymać. Akcje Celery szybowały w górę.
W tak dramatycznych okolicznościach rozpoczął się wyścig pomiędzy zespołem Ventera oraz uczonymi pracującymi na zlecenie amerykańskiego rządu. Zmagania te miały swój oddźwięk także
i w świecie polityki. W 2000 roku na specjalnie zwołanej konferencji ówczesny prezydent Bill Clinton postanowił pogodzić zwaśnionych naukowców, ogłaszając jednocześnie wieść o
zsekwencjonowaniu genomu człowieka. Obydwa zespoły ujawniły wyniki swych prac w tym samym momencie. Przy tej okazji Clinton zapowiedział, że informacja o ludzkim genomie będzie dostępna za
darmo. No i się stało... akcje Celery gwałtownie poleciały w dół, a Venter został zmuszony do ustąpienia z funkcji jej prezesa.
Wszystko dla ludzkości
Genetyk był już wtedy na tyle bogaty, że mógł założyć własną firmę. Wkrótce miał kilka organizacji non profit, które scalił w jedną jednostkę - nazwaną skromnie J. Craig Venter
Institute. I wrócił do przerwanego pod koniec lat 90. projektu, czyli znalezienia minimalnego zestawu genów - koniecznego do życia.
Ale to nie jedyny projekt realizowany przez jego placówki badawcze. W ostatni wtorek J. Craig Venter Institute ogłosił, że po raz pierwszy odczytano pełen materiał genetyczny pochodzący z obu
par chromosomów jednego człowieka. Oczywiście człowiekiem tym był Craig Venter. Pycha? A może po prostu chęć poświęcenia się na ołtarzu nauki?
To jednak nic w porównaniu z tym, co genetyk dopiero zamierza zrobić. Trzy miesiące temu oświadczył, że chce stworzyć sztuczne życie. Będzie nim bakteria, która - wyposażona w
odpowiedni zestaw genów - będzie potrafiła przetwarzać odpady z produkcji rolnej na tani etanol, czyli biopaliwo. Jeśli taka bakteria rzeczywiście powstanie, problem kurczących się zasobów
energetycznych naszej planety zostanie rozwiązany. Szkopuł tkwi jednak w tym, że genetyk chce ją opatentować i ze sprzedaży patentu lub po prostu kolonii takich mikrobów czerpać
korzyści.
"Venter chce opatentować życie!" - krzyknęli równym głosem jego przeciwnicy. "Po raz pierwszy Pan Bóg ma konkurencję" - dodał Pat Monney, szef ETC Group,
organizacji stojącej na straży przestrzegania zasad etyki wśród uczonych.
"To niepoważne" - odpowiada Venter w wywiadzie dla DZIENNIKA. "Po prostu chcemy popchnąć naukę do przodu. Próbując zrozumieć prawa rządzące życiem na naszej
planecie, z nikim chyba nie konkurujemy. Chyba".

























Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!