Ilekroć w mediach pojawiały się kolejne doniesienia o nowych biznesowych pomysłach ks. prałata Henryka Jankowskiego – o produkcji wina, wody mineralnej, o organizowaniu sieci kawiarni czy wreszcie telefonii komórkowej - zawsze zastanawiałem się, jak świetnie muszą się bawić młodzi ludzie otaczający emerytowanego duchownego, niegdysiejszą legendę "Solidarności”. Dziennikarze podchwytywali ich najgłupsze pomysły z pełną powagą, odpytując ekspertów o szanse powodzenia nowej marki win czy nowej sieci komórkowej na rynku.

A przecież zdrowy rozsądek powinien podpowiadać, że pomysły te są absurdalne i świadczą raczej o stanach chorobowych, a nie nadzwyczajnym zmyśle do interesów. Ksiądz prałat od dwudziestu lat podejmował próby zaistnienia na polu biznesu. Już w początkach lat 90. inwestował w różne przedsięwzięcia, interesując się np. działalnością jednego banku, który potem upadł. Do tego dochodziły wystawne, niczym z filmów o arystokratycznych rodzinach XIX-wiecznych milionerów, przyjęcia, mundury, odznaczenia i wielkie fety. Nowobogacki styl prałata zaczynał skutecznie zasłaniać jego rzeczywiste dokonania z lat minionych.

Dodatkowo te nowe szaty prałata niemal automatycznie kreowały go na największego przedsiębiorcę wśród duchownych. Jednocześnie nie brakowało działań pozytywnych – jeden z misjonarzy pracujący na terenach byłego ZSRR - opowiadał mi, jak prałat bez pytania i proszenia nagrodził jego wizytę u św. Brygidy sowitą ofiarą z przeznaczeniem na działalność misyjną i z tego, co wiem, nie był to przypadek odosobniony. Wspominam to nie tylko dlatego, że trudno prałatowi mieć za złe samą aktywność - sam jestem przykładem księdza, który znajduje życiową pasję również poza sferą ścisłego duszpasterstwa, ale także aby pokazać, jak bardzo nieszablonową postacią jest gdański duchowny. Tyle że to przeszłość - przedsięwzięcia księdza prałata dawno już przestały służyć dobru Kościoła, a więcej w nich było powodów do publicznych żartów. W tym tkwiła dwuznaczność coraz głośniejszych inicjatyw.

Tymczasem świeżo mianowany na metropolitę Gdańska abp. Sławoj Leszek Głódź, widząc, co się naprawdę dzieje w jednostce szczytnie nazwanej Instytutem im. Ks Jankowskiego, postanowił tę farsę przerwać. Mówię to z tym większą satysfakcją, że należałem do komentatorów sceptycznie nastawionych do kandydatury abp. Głodzia na następcę abp. Gocłowskiego w archidiecezji gdańskiej. Nie chodziło mi bynajmniej o negowanie aktywności duszpasterskiej Arcybiskupa, ale nie do końca umiałem wyobrazić sobie, jak odnajdzie się on w tradycji diecezji, na która wielu duchownych patrzało wręcz z zazdrością: tradycji "Solidarności”, otwartych dyskusji, odważnych idei, wreszcie słynnego Areopagu - regularnych spotkań rozmaitych intelektualistów organizowanych pod patronatem abp. Gocłowskiego. Zastanawiałem się, jak nowy metropolita połączy tę tradycję z własnymi doświadczeniami: biskupa polowego Wojska Polskiego, a później arcybiskupa warszawsko-praskiego; z doświadczeniami nie tylko duszpasterskimi, ale też społecznymi czy politycznymi.

Po dość upolitycznionym ingresie abp. Głodzia pisałem, że jego sukces lub porażka zależą od tego, jak odnajdzie się w nowych okolicznościach ze swoim bagażem doświadczeń. Dziś widać, że abp Głódź nie zmienił swego stylu duszpasterzowania: zawsze był hierarchą znanym z mocnego stąpania po ziemi, szybko podejmującego edycje personalne. Doniesienia o krokach, jakie ma podjąć wobec instytutu ks. prałata Jankowskiego dowodzą także, że abp Głódź ma oprócz tego szeroko otwarte oczy.

Abp Głódź odpowiada dziś na pytanie, jakie sam usłyszałem w dniu ingresu: jaka będzie rola ks. prałata Jankowskiego w diecezji kierowanej przez nowego Pasterza. Wówczas publicznie stwierdziłem, że żadna, i okazuje się, że rzeczywistość potwierdza moją prognozę. Ponure zapowiedzi reaktywacji księdza prałata, powrotu na proboszcza kościoła św. Brygidy nie miały podstaw i dziś szczęśliwie odchodzą w niebyt. Na naszych oczach historia księdza prałata Jankowskiego jako kościelnego celebryty dobiega końca. Pewnie za późno - legendarny kapłan odprawiający msze w strajkującej stoczni zdążył się przez ostatnie lata całkiem rozmienić na drobne. Arcybiskup Głódź zdaje się jednak przerywać wreszcie spiralę – nie bójmy się tego słowa - obłędu, w jaką wpadł prałat Jankowski. Wpadł, bo przyciągnął do siebie zbyt wielu ludzi sobie podobnych, albo - w co wolę wierzyć - pozwolił wykorzystać swoją naiwność osobom, które w jego legendzie upatrzyły sobie szansę na zrobienie interesu życia. Tak czy owak, ksiądz prałat nie był tu bez winy. I też nie on ostatecznie zamyka ten przykry rozdział swojego duszpasterzowania.