Obserwowanie polityki amerykańskiej bardzo mnie w ostatnich dniach uspokaja. W porównaniu z tonem, jaki przybiera polska dyskusja na temat przeszłości Wałęsy, na tle listów otwartych polskich intelektualistów wzywających do niewydawania książek, a jeśli już się ukażą, do ich nieczytania, nawet lektura najbardziej skandalizującej amerykańskiej książki roku - "Co się stało: Biały Dom Busha i waszyngtońska kultura manipulacji widziane od środka" - przyniosła mi pewną ulgę.

Autorem książki, która może przesądzić o wyniku amerykańskich wyborów, jest Scott McClellan, rzecznik Białego Domu w latach 2003 - 2006. Jako spin doktor i medialny doradca McClellan współpracował z Bushem już od końca lat 90., kiedy przyszły prezydent był dopiero gubernatorem Teksasu, a sam Scott McClellan młodym republikańskim idealistą, synem pierwszej kobiety wybranej na republikańskiego burmistrza Austin w Teksasie. Co bez wątpienia zapewniało McClellanowi szybki i bezbolesny start do partyjnej kariery.

Scott McClellan napisał książkę wredną i zabójczą, jeśli chodzi o kontekst - bo jako były rzecznik Białego Domu postanowił sprzedać najgłębsze tajemnice ludzi, z którymi pracował. I to w momencie, kiedy może zaszkodzić zarówno Bushowi, jak też McCainowi, który zgodził się ponieść wszystkie polityczne koszty związane z kontynuacją polityki zagranicznej Busha. Jednak co do treści, jest to książka bardzo ciekawa, gęsta nie tylko jeśli chodzi o plotki, ale także o rzeczywistą refleksję nad losem polityki w medialnej demokracji masowej.

To zabawne, ale o panującej w Waszyngtonie "kulturze manipulacji", o "permanentnej kampanii wyborczej niszczącej amerykańskie państwo", o "upartyjnieniu i zrytualizowaniu polityki" McClellan pisze z surowością przywodzącą na myśl Rafała Matyję. Z kolei poziom wiedzy o codziennym funkcjonowaniu Białego Domu, o psychologii poszczególnych członków administracji z prezydentem na czele, szczegółowe informacje o kilku najważniejszych kampaniach propagandowych z okresu prezydentury Busha - wszystko to sprawia, że książka McClellana przywodzi na myśl nienapisane dzieło pary Kamiński - Bielan, gdyby kiedyś zdecydowali się "powiedzieć prawie wszystko". "Waszyngtońska kultura manipulacji" jest przez to czymś więcej niż koniunkturalnym politycznym pamfletem, staje się ciekawą i dość głęboką analizą amerykańskiej polityki, czyli awangardy wszelkiej demokratycznej polityki w epoce dominacji mediów, spin doktorów i wizerunkowych wojen.

Sprzedawanie ciemnemu ludowi wojny w Iraku

Kiedy Polska musiała w 2002 roku wybierać między ruszającym do Iraku Bushem a Schroederem i Chirakiem budującymi antyamerykańską koalicję z Pekinem i Kremlem, polscy zwolennicy opcji amerykańskiej posługiwali się zazwyczaj klasyczną argumentacją neokonserwatywną. Mieliśmy być dumni z tego, że przyczyniamy się do ekspansji demokracji na tereny wcześniej przez ten ustrój niedotknięte. Po lekturze książki McClellana wychodzi jednak na to, że Polacy są bez porównania większymi idealistami od Amerykanów, skoro taką strategię przekonywania można było wobec nich zastosować.

Jak pisze Scott McClellan, "administracja Busha doskonale wiedziała, że Amerykanie nie poprą wojny mającej na celu demokratyczną transformację Środkowego Wschodu". Zatem wszystkie trzy najważniejsze argumenty, jakich administracja Busha użyła do "sprzedania interwencji w Iraku amerykańskiej opinii publicznej", były z porządku Realpolitik. Tyle tylko że dwa z nich opierały się na informacjach, o których sama administracja wiedziała, że są spreparowane. A trzeci argument okazał się nierealistyczny w praktyce.

Pirwszy głosił: uderzamy na Irak w odwecie za zamachy 11 września, bo Husajn współpracował z Al Kaidą. Do przekonania opinii publicznej miały służyć materiały służb wywiadowczych, które były fałszywe i wszyscy w Białym Domu o tym wiedzieli. Kiedy wiceprezydent Dick Cheney przekazywał w listopadzie 2001 amerykańskim mediom informację "opartą na ustaleniach amerykańskich służb wywiadowczych", że wysocy oficerowie irackiego wywiadu instruowali przed zamachami Mohameda Attę, przywódcę terrorystów z 11 września, dokonywał całkowicie świadomego aktu dezinformacji.

Drugi argument głosił: uderzamy na Irak prewencyjnie, ponieważ Husajn prowadzi bardzo zaawansowane prace nad bronią atomową, biologiczną i chemiczną, a może już nawet ma broń masowego rażenia. Także wszystkie informacje z tego porządku - począwszy od tej o uranie trafiającym do Iraku z Nigru z pogwałceniem embarga, po sugestie, że wąglik rozsyłany do amerykańskich urzędów po 11 września ma ślady pozwalające łączyć go z irackimi laboratoriami pracującymi nad bronią biologiczną - były także od początku do końca spreparowane.

Czołowe postacie administracji Busha wiedziały o tym, rozpoczynając dystrybucję tych informacji za pomocą amerykańskich i międzynarodowych mediów. W tym przypadku sprawa jest jeszcze poważniejsza, bo kiedy amerykański dyplomata Seymour Hersh napisał w "New Yorkerze", iż informacje o uranie docierającym z Nigru do Iraku po prostu nie odpowiadają prawdzie, został przez administrację Busha ukarany w ten sposób, że Biały Dom za pośrednictwem co najmniej kilku zaprzyjaźnionych dziennikarzy, aby skompromitować Hersha, upublicznił tajną informację, że jego żona jest czynną agentką CIA. Scott opowiada o tym w swojej książce z wyjątkowym smakiem i sporą liczbą nowych szczegółów, bo to on został wówczas wystawiony do informowania mediów, że z całą pewnością ani czołowy spin doktor i polityczny doradca Busha Karl Rove, ani Dick Cheney nie mieli z tym przeciekiem nic wspólnego.

Później od samych zainteresowanych i od ich współpracowników McClellan miał się dowiedzieć, że było dokładnie odwrotnie. Autor "Waszyngtońskiej kultury manipulacji" przedstawia nawet listę dziennikarzy, za pośrednictwem których wiceprezydent i najbliższy doradca Busha świadomie dekonspirowali aktywną agentkę CIA. Ten szczegół również pozwala mi jako obywatelowi RP odetchnąć z ulgą, że nasze zabawy w niszczenie służb po każdej zmianie parlamentarnej większości nie są niczym nadzwyczajnym, mają swoje odpowiedniki także w "najbardziej dojrzałej demokracji".

Trzeci argument na rzecz interwencji w Iraku, najbardziej realistyczny, głosił otwarcie, że jest to wyprawa po ropę. A przyszłe dostawy ropy z tego kraju będą tanie, obfite i pod całkowitą kontrolą Amerykanów. Problem w tym, że akurat ta konkretna realistyczna obietnica stała się dzisiaj kryterium pozwalającym stwierdzić, że inwazja na Irak okazała się klęską. Amerykanie przekonują się o tym podczas każdego tankowania. Scott McClellan bezlitośnie przypomina w swojej książce publiczną deklarację Busha z 20 września 2002: "Nasz plan wojny z Irakiem zakłada, że nie będzie najmniejszej nawet przerwy w dostawach irackiej ropy, przygotowaliśmy wszystko, aby natychmiast po obaleniu Husajna ropa popłynęła bez przeszkód".

Na tle tej bardzo realistycznej w tonie nawet jeśli opartej na kłamstwach operacji "sprzedania wojny Amerykanom" neokonserwatywna idealistyczna wersja o inwazji na Irak jako promocji liberalnej demokracji była wersją ezoteryczną, skierowaną do wewnątrz administracji Busha, promowaną przede wszystkim przez Wolfowitza, podczas gdy Cheney i Rumsfeld optowali po prostu za klasyczną wyprawą po czarne złoto. Rola neokonserwatywnej opowieści o teorii demokratycznego domina, w której Irak stanie się zapłonem drugiej po upadku muru berlińskiego wielkiej regionalnej rewolucji demokratycznej, pozwala jednak zrozumieć pewną okoliczność z punktu widzenia Realpolitik zupełnie niewytłumaczalną. Wielu analityków amerykańskiej polityki do dziś zastanawia się, dlaczego Bush zdecydował się zniszczyć to, przed czym zawahał się jego ojciec: równowagę sił na Środkowym Wschodzie opartą na wzajemnym blokowaniu się sunnickiego Iraku i szyickiego Iranu. Odpowiedź McClellana jest prosta - scenariusz Białego Domu zakładał i nadal zakłada wyeliminowanie zarówno Husajna, jak i Ahmadineżada. Bez tego inwazja na Irak nie ma żadnego sensu nawet w oczach Busha.

Co może w tym wszystkim najciekawsze, koncepcję propagandowego "sprzedania" wyprawy do Iraku amerykańskiej opinii publicznej przygotowywał zespół pracujący pod kierunkiem Rove’a, ale składający się z Cheneya, Powella, Rumsfelda i Rice. Potwierdza to tylko, że granice między władzą wykonawczą a spin doktorstwem przestają istnieć nawet w Ameryce.

Partyjna wojna totalna

Osią książki McClellana jest teza o nieustającej kampanii wyborczej, która całkowicie zniszczyła amerykańską politykę. Istotnie Scott przedstawia portret bezwzględnego partyjnego konfliktu, przy którym wojna między PiS i PO przypomina niewinne zabawy przedszkolaków w piaskownicy. Pokazuje, jak zamachy 11 września upartyjnieniu uległy i jak zaważyło to na błędnej odpowiedzi Ameryki. Jest przy tym bezstronny, pokazując zażarty wyścig Republikanów i Demokratów ku zniweczeniu jakiejkolwiek szansy na wypracowanie ponadpartyjnej, racjonalnej strategii w wojnie z terrorem.

To Karl Rove jako pierwszy na posiedzeniu Narodowego Komitetu Republikanów w Austin w styczniu 2002 przedstawił szczegółowy scenariusz wykorzystania zamachów 11 września, a zwłaszcza wyeksponowanej pozycji republikańskiego prezydenta jako zwierzchnika sił zbrojnych do wzmocnienia republikańskiej kontroli nad Kongresem i odzyskania kontroli nad Senatem podczas zbliżających się wyborów mających wymienić część składu obu izb. Scott nie jest jednak małostkowy wobec swojej własnej partii, pokazuje też, co w tym samym czasie robią Demokraci. Szczególnie dostaje się Hillary Clinton, która zdaniem Scotta próbuje dość cynicznie wystartować z własną kampanią do przyszłej prezydentury, a także przerobić na nową Watergate dość banalny przeciek do mediów, że Bush dostawał przed 11 września standardowe meldunki służb o aktywności islamistów na terytorium USA.

Kiedy telewizja CBS robi z tego aferę, Hillary Clinton pojawia się w budynku Senatu w otoczeniu tłumu uprzedzonych wcześniej dziennikarzy, wywijając tabloidem "New York Post" z krzyczącą okładką "Bush wiedział!". Sama woła do dziennikarzy i kamer: "Zatem, co wiedział Bush o atakach?! Dlaczego nic nie zrobił?!". I domaga się komisji śledczej. Wkrótce potem okazuje się jednak - w konsekwencji kolejnych subtelnych przecieków do mediów, tym razem w wykonaniu republikańskich zwierzchników tajnych służb - że identyczne standardowe opracowania i ostrzeżenia otrzymywał wcześniej Bill Clinton. Zablokowało to świetnie rozwijającą się kampanię Hillary, choć nie na długo. McClellan z goryczą opisuje, jak materiały służb, przykrycia agentów, szczegóły dotyczące amerykańskiego systemu obrony trafiają do mediów wypuszczane w rytmie partyjnej wojny albo przez ekipę rządzącą Białym Domem, albo przez opozycyjnych Demokratów.

O ile jako teoretyka "permanentnej kampanii wyborczej" w obozie Republikanów McClellan wskazuje Karla Rove’a, to w obozie Demokratów palmę pierwszeństwa przyznaje Hillary Clinton. Co oczywiście sprowokowało podejrzenia, że książka została napisana, aby pomóc Obamie. Sam autor zapytany o to wprost odpowiedział enigmatycznie, że Barack Obama wydaje mu się dzisiaj najciekawszym amerykańskim politykiem. Co może tylko potwierdzać, że przezorny Scotty, porzucając Republikanów, pomyślał jednak o jakimś kole ratunkowym.