Mówiąc inaczej, każdy może pisać, ale nie każdego warto czytać. Ale mimo wszystko powinniśmy opowiadać się za zasadą, że nikomu nie można zabronić publicznie zabierać głosu. I to z zupełnie innego powodu niż piętnowanie obecności w mediach ludzi pokroju Maleszki. Lecz po to, by na przykład w sytuacji, gdyby chciano komuś z powodów ideologicznych zakazać pisania, nie można było tego zrobić.

Dziennikarz nie jest samowystarczalny. Potrzebuje wydawcy, który uzna, że jego słowa mogą kogoś zainteresować, oraz czytelników, którzy będą chcieli czytać jego teksty. Czy Maleszka znajdzie jeszcze czytelników? Nie wiem. Czy jego teksty powinny być publikowane? Ta decyzja należy do wydawcy. Daleki jestem od myślenia o dziennikarstwie w kategoriach misji. Myślę o nim raczej jak o wykonywanym - lepiej lub gorzej - zawodzie. Wydaje mi się, że w przypadku Lesława Maleszki mamy do czynienia z człowiekiem, który nigdy nie zrozumiał, kim naprawdę był. Jest w nim rodzaj organicznego niemal zakłamania. W związku z tym nie możemy usłyszeć od niego żadnego cennego zdania, nie przeczytamy żadnej jego publikacji, która miałaby dla nas, czytelników, jakiekolwiek znaczenie.

Ale to po stronie czytelnika leży ciężar odmówienia wiarygodności Maleszce i jemu podobnym. Inni dziennikarze, jeśli mają ambicję, by wybrany przez siebie wolny zawód dobrze wykonywać, powinni przekazywać czytelnikom informację, z kim mają do czynienia. Zresztą wydaje mi się, że od czasu, kiedy przeszłość Maleszki ujrzała światło dzienne, pojawiło się wystarczająco wiele publikacji na temat jego współpracy, by zdyskredytować go jako dziennikarza. Dziś nikt już chyba nie ma wątpliwości, kim był Lesław Maleszka. I kim jest wobec odmowy zrozumienia swojej winy i okazania skruchy. Chociaż decyzji wydawcy pozostawiam, czy zechce Maleszkę kiedykolwiek widzieć w roli dziennikarza, muszę przyznać, że w mojej ocenie "Gazeta Wyborcza" popełniła błąd, gdy w geście humanitarnego miłosierdzia pozwoliła mu redagować teksty. Choć przyznam, że gdy rzecz się wydała, szukałem w pamięci takich sytuacji, w których życiorys Maleszki i jego zakłamanie miały wpływ na redagowane przez niego teksty. Nie przypominam sobie takich przypadków. Był po prostu dobrym redaktorem.

Swego czasu tygodnik "Fakty i Mity" zdecydował się na publikację wywiadu z Grzegorzem Piotrowskim, jednym z zabójców księdza Jerzego Popiełuszki. Piotrowski przybył na konferencję prasową inaugurującą wejście tygodnika na rynek. Pojawiły się pogłoski, że ma być jego współpracownikiem. Nie można mu tego oczywiście zabronić. Ale jeśli ma się wiedzę na temat tego człowieka, to należy czytelników ostrzec, z kim mają do czynienia.

Warto pamiętać o wolności zawodu dziennikarza. Ta zasada obowiązuje nie z powodu Maleszki ani Piotrowskiego, ale dlatego, by uniknąć zamykania ust tym, którzy mają do powiedzenia coś niewygodnego. A z takimi przypadkami jak Maleszka w roli dziennikarza musimy się uporać inaczej. Nie zakazując mu i jemu podobnym wykonywania zawodu, ale informując możliwe najpełniej, kim był.