Prezes Kaczyński próbuje nie mówić nic złego o premierze Tusku. Ten rewanżuje się w zasadzie tym samym. Niedawno prezydent snuł niejasne rozważania o pakcie politycznym między dwiema głównymi partiami. Teraz okazuje się, że premier zrobił wcześniej to samo, tyle że w cztery oczy, w wyluzowanej atmosferze wspólnej podróży.

Czyżby koncept PO - PiS dawno zmieniony w wyżętą i wyrzuconą na śmietnik ścierkę, miał być nagle przyniesiony na powrót do domu i użyty w roli dywanika? Wydaje się to mało prawdopodobne. Bo znamienne jest rozmijanie się momentów.

Gdy prezydent zgłosił swoją propozycję, Platforma ją rytualnie odrzuciła - może nie tak brutalnie jak uczyniłaby to kiedyś, ale jednak. Zresztą prezydent zrobił to tak, żeby wszyscy pamiętali, iż chce współpracy, ale nie tak, żeby uprawdopodobnić taki scenariusz. Gdy mówi się równocześnie rządzącym: macie kiepski rząd, proponuje im się nie pakt, a kapitulację. W tak tragicznej sytuacji Platforma jeszcze nie jest. Z kolei za sekretną ofertą Tuska także nie poszły kroki serio. Choć dziś premier jest, zresztą jak wszyscy, miękki jak atłas, to nie był taki w grudniu, także po tej rozmowie.

To początek pisanej na potrzeby wyborców komedii omyłek, w której, gdy jedna strona coś zaproponuje, druga odmówi, tyle że możliwie najbardziej elegancko sugerując, że tak, owszem, tylko nie w tym momencie albo nie na takich warunkach. Coś w rodzaju współczesnego wariantu bajki o żurawiu i czapli, które odwiedzały się na zmianę, ale gdy jedno chciało, drugie akurat nie bardzo. Przeciw ewentualnemu porozumieniu przemawia wszystko. Nie po to odrzucono je w 2005 roku, uznając wzajemną rywalizację za warunek wręcz istnienia obu partii, aby dziś wchodzić do tej samej rzeki. Zresztą liczy się nie tylko wąski interes partyjny, rozpalone do białości emocje wyborców czy niewiele słabsze odczucia samych liderów. W momencie wspólnego pokonywania państwa Millera liderzy PO i PiS mogli przynajmniej spisać listę licznych wspólnych celów i mniej licznych - wspólnych pomysłów. Dziś ich programy są rzeczywiście diametralnie różne. W tym, co się obecnie liczy najbardziej, w propozycjach dotyczących gospodarki, wyborcy dostali wreszcie wyraźną alternatywę. Z projektu zwiększania deficytu (PiS) i projektu walki z zadłużeniem państwa poprzez budżetowe cięcia (PO) trudno byłoby sklecić coś wspólnego.

Skąd więc te gesty? Obie strony wiedzą: podczas kryzysu nie należy do siebie strzelać, a kokietować Polaków zabiegami o powszechną zgodę. Co zresztą obraca się w finale na naszą korzyść. Bo pakt, cokolwiek by oznaczał, to miraż. Ale już bardziej cywilizowany język między rządzącymi i opozycją to duży postęp.

Lecz w historii z ofertą Tuska w samolocie widzę coś jeszcze. Premier nie miał oczywiście spójnego planu pogodzenia się z PiS. Ale rozmawiając w cztery oczy, mógł ulec odruchowi - lęku przed kryzysem i myśli o rozładowaniu zagrożeń przez podzielenie się odpowiedzialnością z opozycją. Jeśli tak, może to oznaczać, że PO nie jest dziś pewna swego, mimo wciąż dobrych sondażowych wyników. A to byłby punkt dla liderów PiS. Są w tej grze jakby odrobinę silniejsi niż jakiś czas temu. Ale to wciąż gra we wzajemne podchody, a nie we współpracę. I tak już chyba zostanie, co w demokracji jest w sumie informacją dosyć banalną.