A jednak to właśnie Sławomir Nowak uchodzi za najmocniejszą po premierze i wicepremierze Grzegorzu Schetynie postać w tej ekipie. Zasłużenie. To on jest najbliżej premiera.

W imieniu premiera

Pokój szefa gabinetu politycznego premiera wcale okazały nie jest. Choćby na tle rozbudowanego pomieszczenia zarezerwowanego dla rzecznika rządu można powiedzieć wręcz: zupełnie nieatrakcyjny. Ale to nie ma znaczenia. Przez większość czasu spędzanego w KPRM Nowak przebywa bowiem w najważniejszym miejscu gmachu w Al. Ujazdowskich - w gabinecie szefa rządu. Najczęściej i najdłużej ze wszystkich, którzy mają dostęp do szefa, jest sam na sam z premierem. Jest obecny na wszystkich rutynowych spotkaniach ze najbliższymi współpracownikami. Ale też niemal zawsze na naradach z ministrami, kiedy ważą się kluczowe sprawy, jak tarcza antyrakietowa. To właśnie Nowaka Tusk zabierał od początku na spotkania z prezydentem.

Styczeń. Pierwsza krytyczna sytuacja po objęciu sterów rządu: katastrofa wojskowego samolotu CASA. Zapada decyzja, że Tusk leci na miejsce wypadku. W helikopterze jest jeszcze tylko jedno wolne miejsce. Tusk nie waha się ani przez chwilę: bierze Nowaka. I tak już jest. To on towarzyszy premierowi podczas niemal wszystkich wyjazdów zagranicznych i podróży po Polsce. Złudne jest powierzchowne spojrzenie na jego rolę - osoby, która oficjalnie chętnie sufluje rozmówcom, człowieka od kalendarza premiera, listonosza czy posłańca. Ten 34-letni polityk wie wszystko o kulisach tego rządu.

Nawet jeśli, co rzadkie, Nowak nie jest przy podejmowaniu decyzji, jak w przypadku rozmów przy kolacji Tuska z wicepremierem Schetyną, to i tak je zna. Bo to on jest ich wykonawcą. Także często na szczeblu partyjnym. Przekonał się o tym niejeden polityk. "Jak usłyszy, że ktoś jest politycznie do wykończenia, że trzeba wprowadzić gdzieś porządek, jedzie i bez skrupułów obcina ręce" - odpowiada jeden z polityków PO. Na co dzień pilotuje i zadaniuje nie tylko urzędników, ale i ministrów. Oczywiście pośrednio, przekazując zalecenia premiera. Robi to często przez suche komunikaty SMS-owe, nieprzewidujące jakiegokolwiek sprzeciwu czy choćby dyskusji. "Zdejmij to z porządku obrad" - taki przekaz od Nowaka musiał nieraz przełknąć marszałek Sejmu, konstytucyjnie druga osoba po prezydencie w państwie. W imieniu premiera Nowak potrafi też obsztorcować członków rządu i poważnych graczy politycznych z parlamentarnego zaplecza. Prawdziwa siła Nowaka bierze się jednak przede wszystkim z tego, że to on trzyma w ręku klucz dostępu do premiera. I - jak twierdzi wielu - korzysta z tego narzędzia bardzo świadomie, często kierując się własnymi sympatiami. "Jeżeli się uprze, to przez kolejne trzy lata, żeby nie wiem co, nie dotrzesz do premiera" - zapewnia jeden z polityków z rządu.

Pobiegamy razem?

Zna siłę tej władzy. Od 2004 r., kiedy szczęśliwym zbiegiem okoliczności objął mandat poselski po odchodzącym do Europarlamentu Januszu Lewandowskim, swoją pozycję konsekwentnie budował właśnie na jak najczęstszym byciu obok Tuska. Legendarne są już opowieści o tym, jak miał rezerwować miejsce w samolocie, tak by siedzieć obok niego, jak nie zapominał nawet na luźnych imprezach z udziałem Tuska, że nie jest tam po to, by samemu się dobrze bawić. Kocha windsurfing, ale jak mówią jego koledzy, ze względu na Tuska więcej czasu niż na desce spędza na boisku piłkarskim. A latem tego roku, akurat kiedy w gazetach coraz częściej pojawiały się teksty wskazujące na Grzegorza Schetynę jak osobę realnie panującą nad rządem i szykowaną do schedy po premierze, Nowak dowiedziawszy się, że wicepremier ma zwyczaj biegać rano wokół parku Łazienkowskiego, zaproponował: chętnie będę ci towarzyszył. I biega.

Niektórzy twierdzą, że wraz z Tomaszem Arabskim próbował w pewnym momencie podsycać różnice zdań między Tuskiem a Schetyną. "Dostali jednak po łapkach i już jest spokój" - opowiada jeden z członków rządu. Ile w tym prawdy? W gąszczu intryg, jakie panują na każdym dworze, trudno dociec. Pełnej lojalności i dyspozycyjności Nowaka wobec obecnego premiera na razie jednak nikt nie kwestionuje. To, co niektórzy w relacjach z nim nazywają wrodzonym, aroganckim, obcesowym stylem bycia bezrefleksyjnego żołnierza Tuska, inni tłumaczą naturalnym brakiem zaufania, dystansem i ostrożnością człowieka, na którym ciąży świadomość, że teraz wszystko co powie i co zrobi postrzegane jest przez pryzmat samego Tuska. Dlatego jakkolwiek śmiesznie by to brzmiało na tle choćby publicznego porównania przez Nowaka prezydenta do Shreka, uderza to, jak - nawet w prywatnych rozmowach - ostrożnie cedzi on słowa. Agresywnego języka używa wtedy, kiedy jest pewien, że autoryzuje to premier. Ktoś bulterierem musi być. A kto ma wziąć na siebie tę rolę, jak nie Nowak, którego zadaniem jest dbanie o wizerunek premiera, i to premiera przedstawiającego się jako wyznawca polityki miłości? Inna sprawa, że bezpardonowe ataki na przeciwników nie przychodzą Nowakowi z trudem. Od metod i języka głównego buldoga Platformy Janusza Palikota oficjalnie się odcina. Ale to on jako odpowiedzialny za koordynacje ze strony rządowej prac komisji Przyjazne Państwo spotyka się z Palikotem. I chwali go.

Dworzanin - ale sprawny

Jednak cała strategia Nowaka może jawić się jako jedno wielkie wsłuchiwanie się i domyślanie, czego oczekuje Tusk. A wynikająca z tego niedecyzyjność i ostrożność Nowaka przybierają czasem wręcz groteskowe formy. I nie zawsze przysługują się szefowi, na którego pracuje. Jak we wrześniu tego roku. Na Forum Ekonomicznym w Krynicy premier ogłasza nowy strategiczny cel rządu: Polska ma wejść do strefy euro w 2011 r. Twarda, nagła deklaracja wywołuje zaskoczenie i poruszenie. Nie w KPRM. Tam już wiedzą, że to nieprzypadkowa wypowiedź, że stoi za tym autentyczna determinacja, że Tusk postanowił ze starań o euro uczynić jedno z mott swojego rządu. A w związku z tym za zapowiedzią mają pójść konkretne kroki. Tusk postanawia zainicjować spotkanie z RPP z szefem NBP na czele. Sławomir Skrzypek zdumiony dowiaduje się o tym z gazet i dzwoni do jednego z ministrów z pytaniem: o co chodzi? Zawiadomiony Tusk szybko pojmuje o co - i łapie się za głowę. Nowak zaproszenie miał prawie gotowe, chciał nie kłopotać premiera i podjąć decyzję sam, ale nie mógł zdecydować: wysłać podpisane przez szefa kancelarii Tomasza Arabskiego czy może przez samego Tuska?

"W pierwszym przypadku Skrzypek mógłby się poczuć urażony tak niską rangą, ale z kolei podpis premiera mógłby go za bardzo dowartościować" - zastanawiał się szef gabientu politycznego. I tak zaproszenie przeleżało tydzień na biurku. Na tym samym biurku innym razem zaniewieruszyć się miał z kolei list do premiera. Szczególnie ważny z punktu widzenia polityki rządu, który tak podkreśla wagę dialogu społecznego, bo od szefa "Solidarności" Janusza Śniadka.

Nieuczciwe byłoby jednak ocenianie pracy Nowaka tylko przez pryzmat wpadek. Nawet wielu z tych w Platformie, którzy niespecjalnie go szanują i kiedy formował się rząd, krytycznie patrzyli na wzięcie przez Tuska - jak lekceważąco mówili o nim - "dworzanina bez poglądów, bez kręgosłupa", dziś mówią, że to była dobra decyzja. Dodają, że nikt nie byłby lepszy w roli szefa gabinetu politycznego. Na tle innych współpracowników Tuska Nowak uchodzi za dobrze zorganizowanego i sprawnego. "Kilkakrotnie prosiłem go o pomoc w jakiś konkretnych sprawach, żeby coś przyspieszyć, przypilnować, skoordynować, i zawsze miałem załatwione. Nie ma też możliwości, żeby we własnym interesie lub dla własnego widzimisię powoływał się na premiera. Jego polecenia wynikają naprawdę tylko z tego, czego chce premier" - przekonuje jeden z członków rządu.

Myśleć zawsze jak premier

Nikt z naszych rozmówców nie przypomina sobie jednak, by Nowak odważył się kiedyś, nawet delikatnie, wskazać Tuskowi: mam inne zdanie, może powinniśmy to zrobić inaczej. Rzucający się w oczy wszystkim obserwatorom brak samodzielności i kreatywności Nowaka część postrzega jako zaletę. "Jest po prostu lojalny i obliczalny. Robi to, czego chce premier. Takie jest jego zadanie" - tłumaczy jeden z polityków. Ale te same cechy świadczą o słabości szefa gabinetu politycznego. Żaden z naszych rozmówców nie potrafi podać przykładu poważnego samodzielnego projektu, z którym Nowak, człowiek numer jeden od wizerunku premiera i rządu, wystąpiłby w tym ostatnim roku sam. Złośliwi dodają, że zwyczajnie nie jest zdolny czegoś choć trochę oryginalnego i bardziej wysublimowanego od ustawek w tabloidach wykoncypować. Czy się tylko boi, czy nie potrafi - rozstrzygnąć trudno. Ale słychać, że czasem jego skłonność do przytakiwania zaczyna irytować Tuska. Szczególnie gdy graniczy to z groźną bezmyślnością. Jedna ze scen: spokojna narada w czerwcu, po ukazaniu się słynnej książki młodych historyków IPN dowodzącej, że Lech Wałęsa był tajnym współpracownikiem SB. Wszyscy są zgodni: premier powinien wystąpić w obronie byłego prezydenta w opozycji do braci Kaczyńskich. Jaki ta obrona może mieć praktyczny wymiar? Z pomysłem wychodzi Tomasz Arabski. "Trzeba zaprotestować przeciw podwyżce dla Kurtyki, czyli szefa IPN" - sugeruje. "Tak, naprawdę uważacie, że powinienem?" - pyta premier. Nowak i inni lekkim potakiwaniem głowy i milczeniem potwierdzają. Tusk wpada w furię. Nic dziwnego. Bo premier pamięta, że to on składał kontrasygnatę pod decyzją o podwyżce dla Kurtyki.

"Sławek ma wiele zalet i jedną zasadniczą wadę: jest strasznie narwany, unosi się i bezrefleksyjnie próbuje walić na oślep" - ocenia jeden z ważnych polityków PO. I wskazuje na niedawne posiedzenie Rady Gabinetowej u prezydenta. Premier wchodzi na salę i widzi przygotowane miejsca dla prezydenckich ministrów i szefa NBP. "Co to ma być, oni są w rządzie? Oni są prezydentem?" - dopytuje nerwowo. Robi się nieprzyjemnie i gorąco. "Sławek na wieść o tym zaczął się od razu miotać. Wykrzykiwać, że trzeba twardo. Wyjść z sali i zwołać konferencję prasową z sugestiami stawiania prezydenta przed Trybunałem Stanu" - opowiada jeden z uczestników zdarzenia. Tusk jednak emocje powściągnął. Rada okazała się spokojną rozmową, a premier na niej zyskał.

Co napisze w pamiętnikach

Ale ci, którzy znają z bliska rządową rzeczywistość, świetnie wiedzą, że często bywa i tak, że emocje i nastroje premiera sprawiają, iż zazdrość kolegów o pozycję o Nowaka zastępuje współczucie i uznanie. "Tylko Nowak może być szefem gabinetu tego premiera, bo tylko on potrafi tak dzielnie wytrzymać i znieść napady złości i histerii Donalda" - mówi jeden z polityków rządowych, który sam takich sytuacji doświadczył. W tak nerwowych chwilach trudno obwiniać Nowaka, że nie jest w stanie przewidzieć konsekwencji pewnych ruchów. Kiedy 13 października premier wbiegł do kancelarii rozwścieczony po spotkaniu z prezydentem, które miało rozstrzygnąć ostatecznie, kto leci na szczyt w Brukseli i zaczął wykrzykiwać: "zatrzymać go", czasu nie było. I trzeba było podjąć jedyną możliwą już próbę: odmówić w ostatniej chwili rządowego samolotu Lechowi Kaczyńskiemu. Okazała się najgorszą z możliwych. Ale największą traumą, jaką przeżył szef rządu, była wcześniejsza wycieczka do Peru. Kiedy w maju cała Polska śledziła, jak w ramach oficjalnej wizyty Tusk niosący na sztandar hasła taniego państwa spędza swoją turystyczną podróż życia, Nowak leżał w szpitalu po operacji nogi. Zbierał się do pójścia na nią już od pewnego czasu. I to Tusk miał mu powiedzieć: potnij się, jak będę w Peru.

Nie zmienia to faktu, że za katastrofę tak u Tuska, jak i powszechnej opinii dostało się Nowakowi. "Za rozsądny plan wizyty odpowiada jednak szef gabinetu politycznego. A Sławek na tym poległ" - mówi jeden z polityków PO. Wnioski wyciągnął, bo kiedy ostatnio premier znów wybierał się w daleką podróż - do Chin - Nowak wyjątkowo skrupulatnie pracował nad jej planem.

Jeden z partyjnych kolegów Nowaka, obserwując go w telewizji tuż obok Tuska podczas strategicznej wizyty w Moskwie, wysłał mu SMS z sugestią: "Super, że możesz zobaczyć Kreml od środka, powinieneś zacząć pisać pamiętnik". Wkrótce Nowak odpowiedział mu z nutką refleksji w głosie: "Wiesz, Donald powiedział mi to samo".

O tak, lektura takiego szczerego pamiętnika byłaby z pewnością pasjonująca. "Nie sądzę jednak, by Donald naprawdę chciał, żeby Nowak zaczął pisać" - śmieje się jedna z osób z bliskiego otoczenia premiera. A inny ważny polityk wręcz przestrzega: "Wiedza i usytuowanie Nowaka sprawiają, że już dziś jego realny wpływ polityczny jest większy, niż wydaje się to Tuskowi."