Rzecznik Antoniego Macierewicza nie ma ostatnio dobrej passy. W poniedziałek tabloid "Fakt" opisał, w jaki huczny sposób Bartłomiej Misiewicz bawił się na imprezie w jednym z nocnych klubów w Białymstoku.

Kilka dni później, portal expresselblag.pl oskarżył rzecznika MON, że autem na sygnale jeździ do restauracji fast-food. Swoje informacje zilustrował nawet filmem. Dzień później inny lokalny portal z Elbląga poddał w wątpliwość te doniesienia.

Sam Misiewicz także twierdzi, że artykuły prasowe to kłamstwa i element "nagonki". Jednak z postawy rzecznika MON muszą tłumaczyć się politycy Prawa i Sprawiedliwości.

- Patrzę na Bartka Misiewicza i myślę sobie: mój Boże, co ja bym zrobiła, gdyby to mój syn taki był. Ja go bardzo lubię, ale jest pod ostrzałem. Na pewno weźmie to pod uwagę i zastanowi się następnym razem czy iść do jakiegoś klubu, czy nie – mówiła w internetowej części programu "Gość Radia ZET", Beata Mazurek, rzeczniczka PiS.

Pytania o Misiewicza sprawiły też trudność Elżbiecie Witek, szefowej gabinetu politycznego premier Beaty Szydło. - Przygody Bartłomieja Misiewicza są medialne. Czy to jest prawda? Nie umiem panu odpowiedzieć – tłumaczyła Witek na antenie RMF FM.

Z kolei według posłanki PiS, Joanny Lichockiej, Misiewiczowi "uderzyła woda sodowa do głowy". - Misiewicz jest młody, odbiło mu. Politycy PO i Nowoczesnej zrobili z niego symbol, ale to jest jeden chłopak, który teraz moim zdaniem odreagowuje stres z tych ostatnich kilku lat – mówiła Lichocka na spotkaniu z wyborcami w Jarocinie.

Z czym związany był ten stres? - On pracował dzień i noc, nie zaczął studiów, zajmował się sprawą smoleńską, był prawą ręką Macierewicza. Ciężko pracował. Należy mu się za to order i to nie jeden. Bo pracował dla Polski, dla wyjaśnienia katastrofy smoleńskiej – tłumaczyła posłanka PiS.