W ostatnich dniach do pożarów wysypisk śmieci dochodziło różnych częściach kraju. Płonęło m.in. wysypisko w Zgierzu, składowisko opon w Trzebini, a w nocy z poniedziałku na wtorek - wysypisko w miejscowości Wszedzień k. Mogilna (Kujawsko-Pomorskie).

W poniedziałek rzeczniczka rządu Joanna Kopcińska poinformowała, że porządek wtorkowego posiedzenia rządu, na polecenie premiera Mateusza Morawieckiego, został uzupełniony o punkt dotyczący informacji ministra środowiska o niewyjaśnionych pożarach wysypisk śmieci.

We wtorek premier Mateusz Morawiecki napisał na Twitterze: "Poleciłem, by w związku z pożarami na wysypiskach, uzupełnić porządek dzisiejszej Rady Ministrów o punkt w tej sprawie. Nie możemy pozwalać, by przestępcy truli nas, nasze dzieci i niszczyli środowisko".

Jak ocenił we wtorek radiowej Jedynce Kowalczyk, problem pożarów wysypisk śmieci "jest ogromny".

Zdaniem Kowalczyka "problem wynika z niedoskonałego prawa, które zezwalało na gromadzenie odpadów, brak egzekwowania wymogów". W jego opinii śmieci były często "gromadzone w sposób nieograniczony po to tylko, żeby zapełnić składowisko i firmy znikały, tak to było np. w Zgierzu".

Pytany, czy podpalenia są celowe, odparł, że nie ma na to "twardych dowodów", jednak "trudno uwierzyć w przypadek, kiedy kończy się zezwolenie i zaczyna płonąć składowisko". - Myślę, że rozsądek nakazuje być bardzo podejrzliwym - ocenił.

Zapowiedział, że na wtorkowym posiedzeniu rządu przedstawi informację na temat mechanizmów, które doprowadzają do tego typu niebezpiecznych sytuacji oraz propozycję rozwiązań tych problemów. Wyjaśnił, że resort pracuje nad tym już od dwóch miesięcy.

Jak tłumaczył, proceder zaczyna się od tego, że firma ma zezwolenie na przywóz surowców wtórnych, kontrole tych śmieci nie są doskonałe i w efekcie "pod płaszczykiem przywożenia surowców wtórnych przywozi się i składuje odpady". - Brak jest precyzyjnych uregulowań dotyczących kontroli tych składowisk i same zezwolenia na prowadzenie są w rękach starostów - mówił, zaznaczając, że - jego zdaniem - nie jest to "dobre rozwiązanie".

- Sądzę, że mamy do czynienia z mafią śmieciową, dlatego, że jest to proceder przemyślany. Na pewno w Zgierzu był to proceder przemyślany i zaplanowany wcześniej. Tu nie mam żadnej wątpliwości - żadnej segregacji, recyklingu nie było. Było zezwolenie na rok, pozwalające na gromadzenie ogromnej ilość odpadów i porzucenie tego - powiedział.

Wskazał, że na wtorkowym posiedzeniu Rady Ministrów przedstawi "ustawę, która jest już przygotowana, która jest i konsultowana". Wyraził nadzieję, że ustawa jeszcze w czerwcu trafi pod obrady Sejmu. Jak dodał, będzie prosił premiera, by nadać ustawie wyjątkowy priorytet.

Kowalczyk zaznaczył, że "to nie jest tak, że tego problemu nie widzieliśmy". - Te ostatnie przypadki mogą spowodować, że prace nad zmianą prawa będą bardziej intensywne. Musimy to przyspieszyć dlatego, że rzeczywiście w momencie, gdy Chiny przestały przyjmowania odpadów u nas, pojawiają się odpady - na ogół nielegalne - z Europy Zachodniej, a to powoduje nasilenie problemu - tłumaczył szef MŚ.

Od końca ubiegłego roku nie wolno już sprowadzać do Chin 24 kategorii odpadów, w tym niektórych rodzajów plastiku i niesortowanej makulatury. Zakaz wywołał trudności w niektórych częściach świata, na przykład w Hongkongu, gdzie – jak informowała w styczniu agencja Reutera – piętrzyły się "olbrzymie sterty starych gazet, kartonu i odpadów biurowych".

W 2017 roku, jeszcze przed wejściem zakazu w życie, chińskie władze odebrały licencje na import odpadów 960 firmom i zamknęły kolejne 8,8 tys. przedsiębiorstw za łamanie przepisów dotyczących odpadów papierowych i plastikowych. Według ministerstwa środowiska w ubiegłym roku całkowity import odpadów obniżył w rezultacie się o 12 proc.

W kwietniu br. chińskie ministerstwo ekologii i środowiska opublikowało na stronie resortu komunikat, w którym wymieniono kolejne 16 kategorii odpadów, których import zostanie zakazany z końcem 2019 roku. Na tej liście są m.in. odpady drewniane oraz złom stali nierdzewnej, tytanu, cynku i magnezu.