Jak informuje pudelek.pl, matka Urszula G. i córka Paulina G. postanowiły otworzyć rodzinny biznes. Trzymały buldogi francuskie w bestialskich warunkach i rozmnażały je, nie zważając na wady genetyczne, skazujące suki na ogromny ból. Szczeniaki niegotowych do rozrodu suk rodziły się z wodogłowiem i innymi chorobami wrodzonymi.

W skład hodowców wchodził także lekarz weterynarii, który fabrykował książeczki zdrowia na potrzeby sprzedaży psów.

Leczenie psów pochłaniało tysiące złotych. Tymczasem matka z córką dalej prowadziły fabrykę psów i oszukiwały ludzi. Na posesji u Urszuli i Pauliny G. pojawiliśmy się z lekarzem weterynarii i funkcjonariuszami z Komisariatu Policji w Halinowie. Sprawdziliśmy dokładnie każdego psa. Zbadano wszystkie zwierzęta. Trzymane były bez właściwej opieki człowieka i bez odpowiedniego leczenia - donosi Pogotowie dla Zwierząt.

Co ciekawe, podczas badania psów pojawił się lekarz pseudohodowcy. Wyniki badań potwierdzające zły stan psów były wykonane na tyle dokładnie, wraz z dokumentacją fotograficzną, iż nawet sam Roman M. musiał przyznać, iż psy są chore. Przychodziło mu to z wielkim trudem. Kilka dni później Prokuratura Rejonowa w Mińsku Mazowieckim na podstawie badania psów wydała postanowienie o zabezpieczeniu ich jako dowody rzeczowe i przekazaniu organizacji pod opiekę - czytamy dalej w oświadczeniu fundacji.

Okazuje się, że Urszula G. jest bliską znajomą Krystyny Pawłowicz, do której zwróciła się o pomoc. Posłanka niemal natychmiast interweniowała w tej sprawie w prokuraturze. Zapewniam, że obydwie właścicielki psów działają zgodnie z prawem, mają zarejestrowane hodowle a ich psy są zdrowe - miała napisać Pawłowicz w liście przytaczanym przez pracowników fundacji.

Wstawiennictwo posłanki najwyraźniej poskutkowało, domniemywa pudelek.pl, bowiem z prowadzenia sprawy zostały wyłączone policja z Halinowa i Prokuratura w Mińsku. Sprawę przejęła Prokuratura Okręgowa w Siedlcach.

- Zwierzęta bardzo boją się właścicielek. Podczas okazania w gabinecie weterynaryjnym odebrane psy, widząc Urszulę i Paulinę G., kuliły się ze strachu. Zamierały w bezruchu, gdy te je głaskały. Mamy nadzieję, iż sąd wymierzy dla nich sprawiedliwą karę. Mamy nadzieję, iż zwierzęta nie wrócą do osób, które je skrzywdziły. Mamy nadzieję, iż w wygramy tę sprawę, bez względu na to, że mieszają się w to politycy i próbują wpływać na prokuraturę - tłumaczy Pogotowie dla Zwierząt.

Sprawę skomentowała na Facebooku Krystyna Pawłowicz. Upowszechniane w mediach pomówienia pod moim adresem przez Stowarzyszenie „Pogotowie dla Zwierząt” są formą zemsty tego Stowarzyszenia i jego aktywisty – Grzegorza Bielawskiego, za podjęcie na prośbę osób przez nich poszkodowanych, interwencji w organach wymiaru sprawiedliwości za ich łamiącą prawo działalność - pisze polityk PiS, nawiązując do decyzji poznańskiego sądu, który w lutym 2018 nakazał - jak pisze Pawłowicz - zamknięcie stowarzyszenia.

Pawłowicz uważa, że celem tych insynuacyjnych, kłamliwych publikacji jest podważanie mojej wiarygodności jako posła. Zapewnia, że nie zna osób poszkodowanych przez stowarzyszenie. Przypomina tylko, że jako poseł musi interweniować w organach publicznych w sprawach, z którymi zgłaszają się różne bezradne osoby ze swoimi problemami. Podobnie, taką interwencję jako poseł wobec działalności Stowarzyszenia „Pogotowie dla Zwierząt” na prośbę wielu osób podjęłam. Zaś „znajomych” w sprawach, w których jako poseł koresponduję z organami państwa i samorządu mam w czasie swej siedmioletniej działalności poselskiej – setki. - wyjaśnia.