Gdy zamykaliśmy ten numer DZIENNIKA. Blok Julii Tymoszenko i kierowana przez Janukowycza Partia Regionów szły łeb w łeb. Przeliczono już dane z blisko 80 procent komisji. Janukowycz wygrywał nieznacznie - miał prawie 32,5 procent głosów i nieco ponad pół punktu przewagi nad BJuTy. Całkowicie zawalili za to jego potencjalni sojusznicy: komuniści, socjaliści i centrowy blok Wołodymyra Łytwyna, które wspólnie zebrały zaledwie 12 procent.

Z kolei sprzymierzona z Julią Tymoszenko koalicja prezydenta Juszczenki z 15-procentowym wynikiem wciąż zapewniała większość pomarańczowej koalicji. Jeżeli tak skończą się wybory, "Żelazna Julia" zostanie premierem i być może jednym z najpoważniejszych kandydatów do prezydentury. "Musimy wyciągnąć wnioski z tego, co się stało. Ten wynik świadczy o tym, że naród po raz kolejny dał szansę nam, pomarańczowym. Należy ratować to, co zostało z rewolucji 2004 roku. Nie możemy tego zaprzepaścić" - mówił w rozmowie z DZIENNIKIEM Andrij Szkil, deputowany Bloku Julii Tymoszenko.

Mimo tego w otoczeniu "Żelaznej Julii" przez cały dzień wyraźnie wyczuwało się nerwowość. Nikt nie chce oddać zwycięstwa i władzy, które są na wyciągnięcie ręki. "Na wschodzie kraju dochodziło do fałszerstw wyborczych" - mówiła wczoraj osoba numer dwa w BJuTy Ołeksandr Turczynow. Dawał do zrozumienia, że jego ugrupowanie jest gotowe do zakwestionowania wyników głosowania, jeśli zwycięzcą nie okaże się Tymoszenko. "Jeśli do parlamentu wejdą małe ugrupowania: socjaliści, komuniści i Łytwyn, wówczas Janukowycz może z nimi próbować stworzyć większość" - mówił nam jeden z członków sztabu BJuTy. "Nie chcemy, aby pokonała nas matematyka" - dodawał.

Obawy ludzi z BJuTy są jak najbardziej uzasadnione. Janukowycz ani myśli wyprowadzać się z monumentalnego gmachu rządu przy bulwarze Hruszewskiego w Kijowie. Zresztą nie chodzi tylko o stanowisko premiera. Jeśli jego partia nie pozostanie u władzy, grozi jej rozpad. W Kijowie o rozstaniu premiera i jego zaplecza oligarchicznego z Rinatem Achmetowem na czele mówi się coraz bardziej otwarcie. A z Londynu, w którym żyje na wygnaniu, wieszczy to rosyjski miliarder znany z intryg na terenie całego byłego ZSRR Borys Bieriezowski. "Bez władzy ugrupowanie Janukowycza rozpadnie się" - zapewnia człowiek, który jak nikt inny zna mentalność ludzi wielkiego biznesu angażujących się w politykę.

Tymczasem Janukowycz zbiera siły. Jego ludzie w samym centrum stolicy, na słynnym Placu Niepodległości ustawili scenę. Tradycyjnie zaczęli zwozić do miasta swoich zwolenników, by zademonstrować jedność i siłę. W nocy z soboty na niedzielę mówiło się nawet o pięćdziesięciu tysiącach ludzi, którzy pociągami i wynajętymi autobusami przyjadą do Kijowa. Wczoraj po południu było ich mało: na Majdanie powiewało zaledwie kilkadziesiąt niebieskich flag z logo Partii Regionów, a władze miasta nie zdecydowały się nawet zamknąć centralnej ulicy, Chreszczatyku, dla ruchu samochodów.

Mimo to politycy ugrupowania zapewniali, że to tylko kwestia czasu, kiedy centrum zaleją tysiące zwolenników premiera. "O szesnastej zwołujemy wiec na Majdanie" - mówiła wczoraj na konferencji Raisa Bohatyriowa, deputowana Partii Regionów i jedna z nielicznych kobiet w otoczeniu Janukowycza. "Chcemy podziękować naszym wyborcom" - zapewniała po chwili, by uniknąć trudnego pytania: po co właściwie demonstracje, kiedy kampania wyborcza skończona.

Blado na tle wczorajszych wydarzeń wypadli ludzie prezydenta Juszczenki z Naszej Ukrainy - Ludowej Samoobrony (NUNS), którzy cały czas spędzili na dzieleniu skóry na niedźwiedziu. Wiaczesław Kyryłenko, jeden z liderów NUNS, jeszcze przed ogłoszeniem oficjalnych wyników stwierdził, że przewodniczącym nowej Rady powinien zostać jeden z jego partyjnych kolegów. Źle to wróży przyszłej współpracy z ugrupowaniem Tymoszenki.

Potencjalna koalicja NUNS i BJuTy miała według wieczornych obliczeń 229 posłów = o trzech więcej, niż wynosi większość parlamentarna.

MARIUSZ JANIK: Na Ukrainie zmienia się władza. Jakie znaczenie ma to dla Europy?
JACEK SARYUSZ-WOLSKI: Jeżeli wstępne wyniki niedzielnego głosowania zostałyby potwierdzone, oznaczałoby to zwycięstwo dawnej pomarańczowej koalicji, a w konsekwencji - bardziej prozachodni i proeuropejski kurs Ukrainy. Taki wynik daje również większą nadzieję na dojście do głosu polityków nastawionych proreformatorsko. Tak to przynajmniej wygląda z perspektywy Unii Europejskiej.

Wcześniej jednak koalicja prezydenta Juszczenki i premier Tymoszenko nie zrobiła zbyt wiele, by iść w stronę Europy...
Zgadza się, wtedy (luty - wrzesień 2005 r. ) Ukraina bardzo powoli realizowała proeuropejski program. Ale Tymoszenko krótko była premierem, a dzisiaj pojawiła się również presja z zewnątrz, by Kijów konsekwentnie realizował kurs prozachodni.

Kto wywiera tę presję?
Europejska Partia Ludowa. W jej strukturach jest już Nasza Ukraina prezydenta Juszczenki, zaś Blok Julii Tymoszenko złożył do niej akces. Obie te partie funkcjonują już w strukturach EPL, a ta wywiera bardzo silny nacisk, by oba te ugrupowania współpracowały ze sobą. Przewodniczący Wilfried Martens odwiedził latem kongresy obu ukraińskich partii, wcześniej na jego zaproszenie w Brukseli była pani Tymoszenko. Europejskich konserwatystów odwiedzał też prezydent Juszczenko. Rozmowy o proreformatorskim i prozachodnim kursie Ukrainy toczyły się już od pewnego czasu. Sądzę, że dla obojga ukraińskich przywódców takie funkcjonowanie w europejskim obiegu ma znaczenie.

Poprzednim razem koalicja Juszczenki i Tymoszenko wytrzymała raptem siedem miesięcy. Teraz będzie inaczej?
Rzeczywiście, historia ich wzajemnych relacji nie nastraja optymistycznie. Nadzieja w ich wspólnej pomarańczowej przeszłości, w szczerości ich obecnych deklaracji o chęci współpracy i w uwadze, jaką darzy ich koalicję Europa.

Jak na powtórkę z pomarańczowej koalicji może zareagować Rosja?
Z wypowiedzi rosyjskiego ambasadora w Kijowie Wiktora Czernomyrdina wynika, że Moskwa zareaguje powiązaniem cen ropy i gazu ze składem gabinetu. Taki szantaż jest niedopuszczalny. Jeżeli ta pogróżka będzie realizowana, reakcja Parlamentu Europejskiego będzie bardzo zdecydowana.

Jacek Saryusz-Wolski - szef Komisji Spraw Zagranicznych Parlamentu Europejskiego i wiceprzewodniczący Europejskiej Partii Ludowej

JAKUB KUMOCH: Czy jest pan zaskoczony wynikiem niedzielnych wyborów do Rady Najwyższej?
BORYS TARASIUK*: Nieszczególnie. Ukraińcy okazali się dojrzałym społeczeństwem. Już rok temu dali pomarańczowym mandat do rządzenia krajem. Wtedy jednak zdradziła Socjalistyczna Partia Ukrainy, która nieoczekiwanie przeszła na stronę Partii Regionów i zawarła z nią koalicję. To było wielkie oszustwo: wyborcy głosowali za pomarańczową rewolucją, a u władzy zobaczyli Wiktora Janukowycza. Teraz wyciągnęli lekcję i dali głosy tym siłom, które na pewno stworzą pomarańczową koalicję.

Na pewno? Czy ta koalicja nie skończy się tak jak w 2005 roku, gdy po konflikcie prezydent odwołał Tymoszenko z funkcji premiera?
Nie ma co wracać do tamtych czasów, bo sytuacja zarówno polityczna, jak i konstytucyjna jest diametralnie różna. Dziś prezydent nawet nie ma uprawnień, by odwołać szefa rządu. Źródłem władzy premiera jest większość parlamentarna. Na razie widać, że ją mamy.

Nie boi się pan sytuacji, w której znów ktoś z pomarańczowych zacznie negocjować z niebieskimi Janukowycza?
Nie ma takiej możliwości. Siły pomarańczowe są sojusznikami.

Przed wyborami, gdy jeszcze nie było wiadomo, że Tymoszenko zdobędzie najwięcej głosów, na Zachodzie pojawiały się głosy za koalicją Juszczenko - Janukowycz. Agitować za nią miała nawet część zachodnich dyplomatów w Kijowie.
Jeżeli ktokolwiek mówi, że można stworzyć koalicję z Janukowyczem, to jest w grubym błędzie. Partia Janukowycza udowodniła, że trzeba zrobić wszystko, by ją powstrzymać, by nie dać jej ponownie dojść do władzy. To ugrupowanie pozbawione kultury politycznej i jakichkolwiek zasad moralnych. Ono nigdy nie powinno rządzić.

Przed głosowaniem nawet w Polsce spotykałem się z opiniami, że niebiescy się zmienili, że stali się nowoczesną siłą. Generalnie, że wcale nie są tacy źli.
To śmieszne. Po angielsku nazywa się to wishful thinking - myślenie życzeniowe. Wielu ludzi na Zachodzie po prostu bardzo by chciało, by Partia Regionów się zmieniła i stała się normalną siłą polityczną. Ale to nie oznacza, że tak jest. Nie dostrzegłem w ugrupowaniu Janukowycza żadnych elementów takiej przemiany.

Czy wraz z odnowieniem pomarańczowej koalicji wraca temat wejścia Ukrainy do NATO i czy odżywają starania o członkostwo w Unii Europejskiej?
Kwestia współpracy z Zachodem wróci. To przesądzone. Wczorajsze zwycięstwo pomarańczowych daje nam ogromną szansę na odnowienie kursu, który brutalnie przerwał rząd Wiktora Janukowycza. Dotyczy to zarówno współpracy z NATO, jak i Unią.

Borys Tarasiuk, dwukrotny minister spraw zagranicznych Ukrainy, orędownik jej prozachodniego kursu