W Europie średnia to 60 procent. W niektórych krajach - na przykład we Francji - robią to prawie wszystkie przyszłe matki. W Polsce sytuację ma zmienić rekomendacja Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego, które zaleca każdemu lekarzowi prowadzącemu ciążę zaproponowanie kobiecie testu już na pierwszej wizycie i wytłumaczenie jej, jakie to ważne.

Ale problem tkwi nie tylko w testach. Okazuje się, że nawet jeśli przyszła matka wie, że ma HIV, to staje przed ogromnym problemem, gdzie urodzić i czy mówić o zakażeniu w szpitalu w obawie przed napiętnowaniem. I to otoczenia, które powinno szczególnie dbać o jej prawa - lekarzami.

Wirusem HIV zakaził ją mąż

22-letnia Dorota, mama czteromiesięcznego Tomka (imiona matki i dziecka zmienione) z Warszawy, zakaziła się HIV od męża. Wiedział, że jest chory, ale bał się jej o tym powiedzieć. Gdy zaszła w ciążę, przełamał się ze strachu o zdrowie i życie dziecka. Przyszła matka trafiła do Poradni Chorób Zakaźnych przy ulicy Wolskiej. Tam zaopatrzono ją w leki, które brała dwa razy dziennie od trzeciego miesiąca ciąży.

Dwa tygodnie przed terminem, który wypadał na 10 lipca, kobieta dostała skierowanie od lekarza prowadzącego na przyjęcie do szpitala i cesarskie cięcie. "W przypadku matek z HIV nie czeka się na bóle porodowe, ale robi się cesarkę, bo zmniejsza ryzyko zakażenia dziecka" - wyjaśnia Dorota.

Kobieta dostała skierowanie do Szpitala Praskiego, bo akurat tam było miejsce, poza tym szpitale przy Kasprzaka i na Bielanach miały wtedy remont. Zaopatrzona w zestaw niezbędnych leków: preparat do podania w kroplówce matce i syrop dla dziecka, pojechała wraz z mężem do szpitala. W dokumentacji miała wyniki badań i adnotację od lekarza, że ma HIV. Gdy czekała w izbie przyjęć nagle okazało się, że jednak nie ma wolnego miejsca.

"To było dla nas ewidentne, że się wystraszyli. Mogłam nie mieć badań na HIV, w końcu nie mam obowiązku mówienia o tym, ale chciałam jak najlepiej dla mojego dziecka. Uznałam, że lekarze mają obowiązek przyjąć mój poród" - wspomina Dorota. Okazało się, że bardzo się myli. Odesłano ją do szpitala przy Kasprzaka.

"Wsiedliśmy z mężem w samochód i pojechaliśmy. Żadne z nas nie miało siły się kłócić. Niestety, przy Kasprzaka dowiedziałam się, że tam w ogóle nie przyjmują porodów osób z HIV. Ręce nam opadły" - mówi gorzko. Zaczęli szukać innego miejsca. Przy Żelaznej dowiedzieli się, że trzeba być zapisanym w kolejce. Załamani wrócili do poradni przy Wolskiej i poprosili swojego lekarza o pomoc.

"Doktorze, nie mam gdzie urodzić"

"Powiedziałam jasno: panie doktorze, nie mam gdzie urodzić, nikt mnie nie chce. Mój lekarz uruchomił jakieś swoje kontakty i telefonicznie załatwił mi przyjęcie do szpitala przy Madalińskiego. Myśleliśmy, że to będzie koniec tej gehenny" - wspomina młoda mama. Nic bardziej mylnego. Także przy Madalińskiego nie chcieli przyjąć pani Doroty.

"Byliśmy źli, zmęczeni po całym dniu szukania szpitala i nie daliśmy się spławić. Powiedziałam, że nigdzie się nie ruszę i jak będzie trzeba, to urodzę im na korytarzu. To poskutkowało" - opowiada. W środę wieczorem pani Dorota została nareszcie przyjęta. Ale od samego początku czuła się napiętnowana. Dostała osobną salę, miała osobną łazienkę. Lekarze tylko przy niej do badań zakładali rękawiczki.

"Czułam się jak trędowata. Ktoś inny przecież też mógł mieć HIV albo chociaż żółtaczkę, a oni mogli o tym nie wiedzieć" - mówi. Czarę goryczy przepełniło to, że lekarze chcieli na karcie pacjenta przy łóżku napisać, że pani Dorota ma HIV. Kobieta zaprotestowała.

"Oni nie mają takiego prawa. To było jak policzek" - wspomina. Po dwóch dniach urodził się Tomek. Odbierał go sam ordynator. To nie był jednak ukłon w stronę pani Doroty. Żaden z lekarzy nie chciał zgodzić się na przyjęcie porodu.

Chłopiec jest zdrowy. Czy gdyby wiedziała, że zostanie tak potraktowana, nie mówiłaby, że ma HIV? "Chyba nie. Zdrowie dziecka jest najważniejsze. Ale wiem, że wiele kobiet tak właśnie robi. Boi się, że będą napiętnowane, traktowane jak śmieci. Polska jeszcze nie dorosła do naszej choroby" - podsumowuje Dorota.