"To nie był żaden wyraz abolicji, co nasi przeciwnicy próbują nam wmawiać. To był akt chrześcijańskiego miłosierdzia" - próbował tłumaczyć wicenaczelny "Wyborczej" w programie Moniki Olejnik. "My w <Gazecie Wyborczej> też mamy swoje życiorysy. Przeszliśmy przez więzienia, przez podziemie" - dodał. Zastrzegł jednak, że gdyby to od niego zależało, Maleszka zostałby zwolniony.

Wczoraj telewizja TVN wyemitowała drugą część filmu "Trzech kumpli" o zabójstwie Stanisława Pyjasa i współpracy Lesława Maleszki z SB. "Film bardzo dobry, bardzo mocny" - ocenił Kurski. Gdy w 2001 roku Maleszka do wszystkiego się przyznał, ówczesny redaktor naczelny "Wyborczej" Adam Michnik zdecydował, że nie zwolni go z pracy. Zakazał mu jednak publikacji tekstów.

"Maleszka przekroczył granicę, bo złamał zasady, na jakich funkcjonował przez te siedem lat. W sposób, moim zdaniem, całkowicie nieuprawniony, z wdziękiem typowym dla perfekcyjnego agenta, przedstawił się jako osoba, która ma wpływ na linię redakcyjną pisma, co nie jest absolutnie prawdą, co było nadużyciem. I właśnie dlatego spotkałem się z Maleszką i dałem mu szansę złożenia dymisji, z czego on skorzystał" - tak Jarosław Kurski mówi o piątkowym rozwiązaniu umowy o pracę z Maleszką.

"Dla mnie to jest dyskomfortowa sytuacja, że musiałem pracować z Maleszką. Ale tezę, że Maleszka jest odpowiedzialny za śmierć Pyjasa, trzeba sprawdzić" - powiedział Kurski w Radiu ZET. "Pytanie o odpowiedzialność Lesława Maleszki za śmierć Pyjasa to pytanie otwarte i tym powinna zająć się prokuratura" - dodał.

Jarosław Kurski zastrzegł: "<Gazeta Wyborcza> jest taką samą ofiarą Maleszki, jak inni. Przyjęliśmy go w 1993 roku. Nie mieliśmy powodu mu nie ufać. Był jednym z nas, a okazał się człowiekiem prowadzącym podwójną grę".