Słaniający się na nogach mężczyzna kupuje alkohol. Z daleka widać, że jest pijany: chwieje się, bełkocze, nie jest w stanie wpisać numeru PIN na terminalu. Po wyjściu ze sklepu wsiada do mitsubishi eclipse i odjeżdża. Jedzie wolno, nie trzyma się drogi, co rusz znosi go na bok. Zatrzymuje się przed ogrodzonym osiedlem na warszawskim Bemowie. Jest niedziela, około 22.

Mężczyzna jest dobrze zbudowany, ma około 40-45 lat. Kobiety, które sprzedawały mu alkohol, to drobne, młode dziewczyny. Jednak zachowanie mężczyzny widzi jeden z klientów sklepu, który dzwoni na policję. Od oficera przyjmującego zgłoszenie słyszy, że ktoś już wcześniej dzwonił w tej sprawie. Okazuje się, że to pasażerka auta, w które pijany kierowca uderzył, nim przyjechał po alkohol. Kobieta i mężczyzna z rozbitej mazdy jadą za pijanym, obserwują co robi. Na policję czekają już od pół godziny. 

Klient sklepu postanawia poczekać na przyjazd radiowozu. W międzyczasie pojawia się jeszcze jedno auto - to mężczyzna, który widział, jak mitsubishi wcześniej "skosiło" kilka zaparkowanych aut. Ich właściciele o szkodach dowiedzą się zapewne dopiero rano.

Tymczasem pijany mężczyzna znów zapala silnik i zbiera się do odjazdu. Trzech mężczyzn - z których tylko jeden jest poszkodowanym, reszta to osoby postronne - próbuje go powstrzymać, zabierają mu kluczyki i wciąż dzwonią na policję. - Na 112 powiedzieli, że zgłoszenie przekazali na policję i żeby dzwonić na 997. A tu z kolei "wszyscy operatorzy są zajęci" - relacjonuje jeden z przechodniów.

Trzech mężczyzn blokuje drzwi, by pijany nie mógł wysiąść. Ten jednak szarpie się i miota przekleństwa. Walka trwa kilka minut. Policja przyjeżdża po około 40-60 minutach (według relacji kilku świadków) i co najmniej kilku telefonach. Mundurowi wyciągają mężczyznę z auta, kładą na ulicy. Okazuje się, że mitsubishi, które spod sklepu wyjeżdżało tylko z rozbitym reflektorem, teraz ma zgniecioną maskę i jest solidnie pokiereszowane.

Kierowca przedstawia się jako lekarz z Wojskowej Akademii Technicznej. Odgraża się, że nie będzie z policją rozmawiał. Jest tak pijany, że nie jest w stanie wykonać poleceń. Gdy policjanci każą mu usiąść, prawie ląduje w kałuży, nie jest w stanie mówić. W jego samochodzie na przednim siedzeniu pasażera jest zamontowany dziecięcy fotelik, obok dźwigni zmiany biegów stoi otwarta puszka z piwem. 

Badanie alkomatem wykazało u kierowcy ponad dwa promile alkoholu. - Mężczyznę odebrała żona, 8 stycznia ma się on stawić na komisariacie, gdzie prawdopodobnie usłyszy zarzut kierowania pojazdem w stanie nietrzeźwym - wyjaśnia podkomisarz Joanna Banaszewska z Komendy Rejonowej Policji Warszawa IV. Całe wydarzenie nazywa obywatelskim ujęciem. 

Na pytanie, dlaczego ludzie, którzy odważyli się zatrzymać pijanego kierowcę, musieli czekać na przyjazd policji tak długo, podkomisarz Banaszewska odpowiada, że wedle tego, co jej wiadomo, od chwil zgłoszenia do pojawienia się radiowozu minęło kilkanaście minut. - W chwili, kiedy otrzymaliśmy zgłoszenie, wszystkie załogi z rejonu podejmowały interwencje. A policjant nie może podjąć nowej interwencji, dopóki nie rozliczy tej, którą akurat prowadzi - wyjaśnia. Zapewni, że policjanci robią wszystko, by skrócić czas oczekiwania na przyjazd radiowozu do minimum. Teraz średnio wynosi on 8,49 minuty.

Tymczasem jednym ze świadków zdarzenia był dostawca z pobliskiego baru. Widział, jak mitsubishi uderzyło w mazdę. Zostawił poszkodowanym swój numer telefonu i wrócił do pracy. Zdążył wrócić do pracy, rozliczyć się, spakować i na stacji benzynowej zauważyć dwa radiowozy. Przyjechał, by sprawdzić, jak sprawa się skończyła. Pierwszy radiowóz pojawił się na miejscu równo z nim.