Prezydenci Francji, Niemiec, Ukrainy i USA, do tego przedstawiciele innych państw - za ich bezpieczeństwo odpowiadali warszawscy policjanci. Niestety ich szefowie nie stanęli na wysokości zadania - informuje "Rzeczpospolita". Okazało się, że  przyłapano szefa wydziału do walki z terrorem kryminalnym, jego zastępcę i szefa wydziału kryminalnego, jak pili alkohol podczas dyżuru. 

Szef walki z terrorem miał we krwi 1,7 promila, jego zastępca miał 0,2 a trzeci z kompanów od kieliszka nie zgodził się na badania. Nie mogliśmy nic zrobić, prawo nam na to nie pozwala, bo nie został złapany na przestępstwie. Ale czuć było od niego alkohol, jego zachowanie również świadczyło o tym, że był "pod wpływem" - mówi gazecie jeden z funkcjonariuszy. 

Informację potwierdzają władze stołecznej komendy. Podjęta została natychmiastowa decyzja o odwołaniu wymienionych funkcjonariuszy z zajmowanych stanowisk oraz wszczęciu postępowań dyscyplinarnych - mówi Mariusz Mrozek, rzecznik komendanta stołecznego. Zapewnia jednak, że policjanci byli po służbie, a całą sprawę ujawnili ich szefowie. Zdaniem informatora "Rzeczpospolitej" sprawa wyglądała inaczej. Nie byli po służbie, ale na dyżurze – jako dyżurni podoperacji do spraw zabezpieczenia Obamy. Na gorącym uczynku złapał ich zastępca komendanta do spraw prewencji i zastępca do spraw kryminalnych. Stąd cała afera - mówi informator gazety.

Komendant Główny Policji potwierdził informacje o pijanych policjantach. Marek Działoszyński przyznał, że podejrzane osoby w momencie odsunięcia od obowiązków pełniły służbę. Jak podkreśla szef policji, komendant stołeczny zastąpił trzy osoby, które musiały być sprawne i podejmować decyzje. Marek Działoszyński dodał, że stało się to na początku służby. Zapewnił, że incydent ten nie miał wpływu na ochronę obchodów 25. rocznicy wyborów z 4 czerwca 1989 roku.