Nie wystarczą kontrole urzędników, interwencje straży miejskiej czy staranie się o różnego rodzaju pozwolenia. Miasta inwestują w ortofotomapy, czyli precyzyjne plany stworzone na podstawie zdjęć satelitarnych lub lotniczych. Z reguły są one wykorzystywane przez gminy do planowania przestrzennego (np. do zadań związanych z numeracją porządkową i nazewnictwem ulic), a często dostęp do nich mają sami mieszkańcy. Jednak samorządy znalazły jeszcze jeden sposób na ich wykorzystanie. Okazuje się, że takie mapy to doskonałe narzędzie do egzekucji zaległych podatków. Chodzi np. o niezgłoszone budowle, za które nie został opłacony podatek od nieruchomości.

– Wydział podatków i lokalnych opłat urzędu miasta korzysta z informacji zawartych na ortofotomapie w celu weryfikacji stanu faktycznego nieruchomości z danymi zawartymi w aktach. Wykryte nieprawidłowości są wykorzystywane zarówno w trakcie przygotowania materiałów niezbędnych do przeprowadzenia kontroli podatkowych, jak i w trakcie prowadzonych postępowań podatkowych w celu porównania danych w złożonych przez podatników dokumentach ze stanem faktycznym nieruchomości – wyjaśnia Dariusz Czapla z katowickiego magistratu. Jak dodaje, tylko w wyniku przeprowadzonych w latach 2009–2014 kontroli podatkowych ściągnięto dodatkowo ok. 2,3 mln zł podatku od nieruchomości.

Dzięki ortofotomapom nieprawidłowości wykrywają też urzędnicy z Wrocławia. Tylko w latach 2013–2014 do celów kontroli podatkowej analizą objętych zostało ok. 500 nieruchomości w zakresie podatku od nieruchomości, podatku rolnego i podatku. – Ujawniono nieprawidłowości w 64 wytypowanych nieruchomościach. Ustalenia tych kontroli wykazały zaniżenie podatku od nieruchomości zarówno przez osoby fizyczne, jak i osoby prawne na kwotę 1,5 mln zł – opowiada Barbara Walkosz-Staśko, wicedyrektor wydziału podatków i opłat w urzędzie miasta we Wrocławiu.

W takie narzędzie wyposażone jest dziś praktycznie każde większe miasto. Biorąc pod uwagę koszty stworzenia i aktualizowania map, przedsięwzięcie jest opłacalne. Zamówiona przez Katowice w 2014 r. ortofotomapa kosztowała ponad 282 tys. zł (oprócz wykonania samej mapy zamówienie obejmowało przygotowanie zdjęć ukośnych dla wybranego obszaru miasta, dostarczenie oprogramowania do ich przeglądania oraz aktualizację numerycznego modelu 3D budynków i budowli). Z danych urzędu wynika, że średnio rocznie mapa pozwala ściągnąć od zalegających z płatnością podatników kwotę 383 tys. zł – a więc o 100 tys. zł większą niż to, ile kosztowało sporządzenie ubiegłorocznej mapy. Zresztą kwota, którą wyłożyły Katowice (282 tys. zł), jest i tak spora. Warszawa za swoją mapę w ubiegłym roku zapłaciła 172 tys. zł. Miasto jednak nie szacuje, ile zaległych podatków udało się dzięki temu odzyskać.

Samorządy zgodnie przekonują, że zdjęcia satelitarne i lotnicze są praktycznie bezbłędne. – Na podstawie ustaleń przeprowadzonych kontroli podatkowych stwierdzono, że skuteczność wykrywania nieprawidłowości w podatku od nieruchomości w latach 2013–2014 przy korzystaniu z m.in. ortofotomap mieści się w przedziale 99–100 procent – wskazuje Barbara Walkosz-Staśko.

Mapy to jednak nie wszystko. Samorządy wykazują coraz większe zainteresowanie dronami, które jak do tej pory najlepiej przyjęły się w branży wojskowej i sektorze przedsiębiorstw (wykorzystujących maszyny np. do filmowania ślubów czy kręcenia reklamówek z lotu ptaka). Po co miastom takie latające zabawki? Choćby do badania zanieczyszczeń powietrza. Samorządy już podejmują współpracę z prywatnymi firmami. Jedną z nich jest bydgoski Softblue, który pracuje nad własnym dronem. – Zainteresowanie wyraziło kilka miast wojewódzkich, a dokładnie komendy straży miejskich, które w zakresie swoich obowiązków mają m.in. badanie zanieczyszczeń wynikających z niskiej emisji. Zamierzamy zakończyć tworzenie urządzenia do końca tego roku, tak aby podczas przyszłego sezonu grzewczego zainteresowane samorządy mogły przetestować rozwiązanie – mówi Tomasz Kierul z firmy Softblue. Jednocześnie tłumaczy, na jakich zasadach dron będzie funkcjonował. – Pobierze skład powietrza, jego analiza dokonywana będzie w czasie rzeczywistym, a wynik drogą radiową trafi do operatora, który na swoim urządzeniu przenośnym sprawdzi pomiar i zdecyduje o dalszych działaniach – wyjaśnia.

Katarzyna Szymielewicz z Fundacji Panoptykon zajmującej się m.in. tematyką ochrony danych osobowych ma mieszane uczucia wobec do „powietrznej inwigilacji” stosowanej w samorządach. – Z jednej strony to zrozumiałe, że państwo walczy z naruszeniami prawa. Pojawia się jednak pytanie o proporcjonalność tych działań. Czy inwestowanie w tego typu technologie w celu poszukiwania naruszeń nie prowadzi nas do państwa policyjnego, gdzie każdy pretekst do skontrolowania obywatela jest dobry? Musimy mieć świadomość, że im więcej zasobów podlega cyfryzacji, tym więcej będzie można z nich wyczytać nie tylko o nieruchomościach, ale i o ludziach – zwraca uwagę Katarzyna Szymielewicz.