Na mazowieckiej ziemi Mariana jest mnóstwo chwastów. Na polu rośnie anemiczny jęczmień, kawałek dalej żyto. Zbiorów w tym roku dorodnych nie będzie. Bo traktor ledwo zipie, bo Marian zasadził marne, kupione „po taniości” zboże, a sąsiad i tak na żniwa kombajnu już nie pożyczy. Ubiegłego lata Marian o mało tym kombajnem w chałupę nie wjechał. W tym roku nastawia się na ciężkie czasy. Może w przyszłym się ułoży? Może dostanie na czas pieniądze z Unii, a nie tak jak teraz, kiedy musiał pożyczać, a i tak nie starczyło. Stąd to marne zboże i w ogóle wszystko marne. Ale Unia też już nie taka pewna, więc ogólnie nie wiadomo, co to będzie. Bo dopłaty też mogą się skończyć, a wtedy... Strach się bać.

– Gdyby nie to całe zamieszanie, jak się władze zmieniały w oddziałach (Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa – aut.), wszystko byłoby dobrze. Ale musieli przedobrzyć. Przez to wynikło to całe opóźnienie z dopłatami. Nowi się nie wyrabiają, ale czy w sumie ich za to winić? Podobno gdyby poprzedni nie nabałaganili, wszystko byłoby w porządku. Tak ludzie gadają, ale ja tam dobrej zmiany póki co nie widzę – mówi Marian.

Na jego majątek, poza 10 ha średniourodzajnej ziemi i 10 ha lasu, składają się: dwie krowy, osiem kur, jeden kogut, dziesięć królików, dwie świnie, jeden stary pies, jeden młody pies oraz kot z uciętym ogonem. Nawet jeśli dodać do tego ledwo trzymającą się na wietrze stodołę (w niej stoi stary traktor), dom dzielony z byłą żoną oraz 12-letnią skodę, wynik jest marny. I Marian o tym wie. – Nie dorobiłem się, może gdyby nie rozwód, byłoby lepiej, ale kto tam wie? A tak człowiek żyje z tego, co zwierzęta dadzą, i z tego, co da się dorobić u sąsiada. I z dopłat unijnych, ale w tym roku – jak się odda za nasiona i to, co się pożyczyło – to nie zostanie prawie nic. A jak będzie susza, to już w ogóle koszmar, chociaż liczę, że nowy rząd rolników wesprze. Zwłaszcza takich jak ja, co mają niewiele. Obiecywali pomoc, prawda? Czekam na te ubezpieczenia, o których mówią w Sejmie, na spełnienie obietnic. Dużo osób narzeka, ale ja jestem nastawiony pozytywnie. Jeszcze daję im szansę. Bo w innym razie to tylko strzelić sobie w łeb, że po raz kolejny człowiek zawierzył i w pole dał się wyprowadzić.

Mafia na wsi

Klientka Krystyny, Bożena, jest jedną z tych, które ze zwykłego żółtego sera przerzuciły się na kozi i camembert. Matka czwórki dzieci. Od wejścia w życie programu 500+, jak o sobie mówi, niezależna kobieta. W końcu czuje się doceniona za swoje macierzyństwo. Stać ja na kozi ser i na nowe lakiery do paznokci. Oczywiście dzieciakom też nie żałuje. Nowe sukienki i słodycze, czyli to, na co zawsze brakowało.

Z pracą bywa różnie, Bożena dorabiała kiedyś w sklepie u pani Krystyny, lecz zdecydowanie bardziej widzi się w roli klientki. – Mam sympatię, poznaliśmy się na potańcówce, jest z Warszawy, kupił działkę niedaleko. Obsypuje mnie prezentami, na razie nie zapeszam, ale być może znowu będę kiedyś mężatką i panią domu. Na razie się wprawiam, oglądałam ostatnio w sieci wszystkie odcinki „Perfekcyjnej Pani Domu”. Trzeba kuć żelazo, póki gorące. Dobrze, że udało mu się kupić kawałek ziemi przed tymi wszystkimi zmianami, bo teraz to w ogóle katastrofa. Ja swojej nie sprzedam, choć to ojcowizna i mogłabym z nią zrobić, co chcę. Dlatego tak sobie myślę, że wyprowadzka do Warszawy byłaby lepsza. U nas generalnie niebezpiecznie się we wsi robi.

Niebezpiecznie, bo niedługo po zmianach politycznych po wsi gruchnęła plotka, że jedna z dawnych sprzedawczyń w wiejskim sklepie wdała się w mafijne układy. I wcale nie jest tak, że pracuje w Anglii, jak przez całe lata zapewniano, lecz siedzi w więzieniu. Tym bardziej że ostatnio kilka razy jakieś czarne limuzyny pojawiły się we wsi i ktoś o nią wypytywał. Tak więc co jak co, ale atmosfera do mieszkania na wsi taka dobra nie jest. – Młodzi chcą wyfruwać do miasta, a starszym trochę gorzej. Bo dopłaty się spóźniają, a jakby tego było mało, to za chwilę się okaże, że ziemia, w którą od lat wkładali serce i pieniądze, zostanie im odebrana niemalże po kosztach – mówi Bożena.

O ziemię boi się też Marian. Nie do końca rozumie zmiany w prawie, ale liczy na to, że ziemię jednak będzie mógł podzielić i sprzedać, jeśli będzie musiał. – Las, ziemia to był zawsze majątek, zabezpieczenie na gorsze czasy. To niemożliwe, by rząd odbierał ludziom to, co ich od pokoleń, prawda? Moim zdaniem to jakaś pomyłka. Jak nie, to sam wyjdę na ulicę.

Krystyna: – Głupoty gadasz, żyjemy w wolnym kraju, za komuny to zabierali i do domów dokwaterowywali. Teraz w końcu ktoś się za polską ziemię weźmie, pomoże. Przecież nikt cię z chałupy nie wyrzuci. Chodzi o to, by na zmarnowanie polska ziemia nie poszła. A już, Boże broń, w obce ręce. Bo wiesz, że każdy kawałek ziemi tutaj się sprzeda.

Tych obcych rąk to we wsi się najbardziej boją. Jak kilka lat temu poszła plotka, że Holendrzy chcą mleczarnię we wsi otwierać, na miejscowych padł blady strach. Że prace im zabiorą, że po ich domowe wyroby mleczarskie już nikt nie sięgnie. I chociaż Holendrzy i tak z Mazowsza zrezygnowali na rzecz Podlasia, to niepokój, że pojawią się inni obcy, pozostał. – Wprawdzie PiS obcych nie chce, ale jak przyjmie tę minimalną liczbę uchodźców, to pewnie właśnie na wieś ich skieruje. Żeby z miast się pozbyć – dodaje Krystyna. – Dlatego trzeba zrobić wszystko, żeby młodych we wsi zatrzymać. Tylko to uratuje nas przed terroryzmem i utratą polskości.

5 kilometrów dalej, w pokoju wyłożonym boazerią, Karol przegląda ceny biletów autobusowych do Niemiec, a jego siostra Ania czatuje z nowo poznanym chłopakiem na jednym z portali randkowych. Ma na imię Amir.