Na mazowieckiej ziemi Mariana jest mnóstwo chwastów. Na polu rośnie anemiczny jęczmień, kawałek dalej żyto. Zbiorów w tym roku dorodnych nie będzie. Bo traktor ledwo zipie, bo Marian zasadził marne, kupione „po taniości” zboże, a sąsiad i tak na żniwa kombajnu już nie pożyczy. Ubiegłego lata Marian o mało tym kombajnem w chałupę nie wjechał. W tym roku nastawia się na ciężkie czasy. Może w przyszłym się ułoży? Może dostanie na czas pieniądze z Unii, a nie tak jak teraz, kiedy musiał pożyczać, a i tak nie starczyło. Stąd to marne zboże i w ogóle wszystko marne. Ale Unia też już nie taka pewna, więc ogólnie nie wiadomo, co to będzie. Bo dopłaty też mogą się skończyć, a wtedy... Strach się bać.
mówi Marian.
Na jego majątek, poza 10 ha średniourodzajnej ziemi i 10 ha lasu, składają się: dwie krowy, osiem kur, jeden kogut, dziesięć królików, dwie świnie, jeden stary pies, jeden młody pies oraz kot z uciętym ogonem. Nawet jeśli dodać do tego ledwo trzymającą się na wietrze stodołę (w niej stoi stary traktor), dom dzielony z byłą żoną oraz 12-letnią skodę, wynik jest marny. I Marian o tym wie.
Lepszy sort towarów
Dobre przeczucia spowodowane ostatnimi zmianami nie opuszczają za to Krystyny, która pracuje w jedynym we wsi sklepie spożywczo-przemysłowym. Od kilku miesięcy towar schodzi szybciej. Nawet te droższe wina, jogurty i słodycze. I kolorowe czasopisma dla dzieci, z naklejkami. Wiadomo, zawsze jeszcze ktoś na krechę coś weźmie, ale widać lekki powiew zmian.– przyznaje.
Krystyna w sklepiku pracuje od niemal 15 lat. Od jakiegoś czasu pomaga jej córka, która być może w przyszłości przejmie interes. Ania ma 17 lat, za rok będzie zdawać maturę i bardzo chciałaby się dostać do szkoły gastronomicznej. Nie do końca jednak wierzy w swoje możliwości i boi się zmian, które mają nadejść. mówi.
Na razie Ania zaczyna wakacyjną pracę w sklepie oraz przy truskawkach. Pobudka skoro świt, zbiory, potem przebrać się do domu i do sklepu. Od września powrót do szkoły i przygotowania do matury. Dzień w dzień 8 kilometrów rowerem po asfaltówce bez pobocza. dodaje ze śmiechem.
Krystyna:
Duma nie pozwala
5 kilometrów od sklepu Krystyny, w miasteczku liczącym 10 tys. mieszkańców, mieszka jej syn Karol. Skończył technikum, pracuje jako kierowca samochodu dostawczego. Bo nic innego nie znalazł. A sympatia czeka na to, żeby się w końcu zdeklarował. Ale jak tu się zdeklarować, jak mieszkanie komunalne i po śmierci babci pewnie zabiorą. Z pensją 1500 zł nie ma szans na kredyt, a tym samym na mieszkanie. W najgorszym razie wróci na wieś do mamy i siostry, która może wyjedzie na studia do Warszawy. Bo innego wyjścia nie widzi.
Sympatia naciska, by Karol rozejrzał się za lepiej płatną pracą, ale choć codziennie przegląda ogłoszenia, to nic nowego się nie pojawia. Próbował już roznosić ulotki, pracował w masarni i piekarni. Po kilku miesiącach okazywało się, że nie ma szans na awans. W końcu kolega załatwił mu fuchę jako kierowca. Do Warszawy za pracą nie pojedzie, jeśli już, to bardziej do Niemiec, bo do Anglii to chyba już bez sensu. Zresztą w tajemnicy przed matką i dziewczyną sprawdził, jakie miałby w Niemczech szanse – i z jego wyliczeń, i z tego, co wyczytał na forach internetowych, wynika, że dałby sobie radę. Mistrzem niemieckiego nie jest, ale się dogada. Wyjechałby na parę lat, zarobiłby na mieszkanie i wrócił. A może dziewczyna by do niego przyjechała? Zostać na stałe za granicą to by nie został, ale tak, żeby pojechać i zarobić, to czemu nie? Pokazałby, że też potrafi. I może przełamałby złą passę.
Sympatia Karola, Marzena, jest w ich miejscowości wziętą manikiurzystką. Firmę założyła w styczniu, wcześniej działała na czarno. Dzisiaj ma tyle klientek, że czasami przyjmuje je nawet w niedzielę. Salon to jeden pokój z oddzielną łazienką na parterze domu rodziców. Ściany w kolorze pudrowego różu, białe meble i storczyki, dużo storczyków. Ubrana w dopasowany pod kolor ścian fartuszek Marzena przyjmuje dziś szóstą klientkę. Pomimo soboty przyjmuje od 8 rano, a telefon i tak dzwoni przynajmniej kilkanaście razy podczas naszej rozmowy. Marzena, wysoka blondynka, trzymając aparat przy uchu, z westchnieniem przeprasza, ale dzisiaj ma już komplet. Zaprasza w pierwszych wolnych terminach. Pewnie dlatego serce jej się kraje, że Karol, choć z wykształceniem i zdolnościami, nie ma szczęścia do pracy. –
Ale Karol jest zbyt uparty. Boi się ryzyka, woli pracować u kogoś niż u siebie. Przerażają go sprawy księgowe i niepewność jutra. Marzena podejrzewa nawet, że Karol ma coś na podobieństwo depresji. Bo to niemożliwe, żeby ktoś z takimi możliwościami bał się ryzyka. Z mieszkaniem też daliby sobie radę, bo przecież mogą zamieszkać przejściowo u rodziców Marzeny, ale znowu ta nieszczęsna duma Karola nie pozwala przyjąć od nikogo pomocy. A Marzena już swoje 24 lata ma i chciałaby zakładać rodzinę. wzdycha, wracając do układania lakierów do paznokci, pilników i kopytek.
Z sercem do ludzi
Tymczasem Krystyna ma do siebie wielki żal. Może gdyby bardziej się postarała i bardziej udzielała politycznie, daliby jej po zmianie jakąś funkcję. Mogłaby być sekretarką wójta albo księgową – bo na księgowości to się całkiem dobrze zna. A wtedy i Karolowi byłoby łatwiej zaistnieć. Mimo że ze wsi, to wcale przecież nie głupszy niż inni.
Ma żal do siebie, że nie wyczuła właściwego momentu. Że szansa na awans i na zaistnienie we wsi przeleciała jej koło nosa. A przecież sama za zmianą głosowała tak samo jak jej dzieci. A teraz się okazuje, że przez własną głupotę i dbanie tylko o sklep została w tyle.
Dlatego Krystyna postanowiła zająć się na poważnie biznesem. Bo przecież i ona coś z tej zmiany musi mieć, tylko trzeba mądrze to rozegrać. Planuje ustawić kilka stolików obok sklepu. Będzie można i piwo na miejscu wypić jak człowiek, a nie opierać się o murek. I dla letników to będzie atrakcyjne, może nawet raz na jakiś czas grilla przy drodze zrobi. Zawsze się ktoś zatrzyma, bo we wsi poza sklepem nie ma nic. Krystyna mówi, że wszystkie zezwolenia też łatwiej będzie załatwić, bo ma wrażenie, że teraz, po zmianie, w urzędach bardziej otwarcie do ludzi podchodzą. Tak z sercem.
Krystyna sama ziemi za dużo nie ma, ale jak patrzyła przez lata, co się dzieje z hektarami sąsiadów, kiedy sprzedawali za bezcen, to serce ją do dziś boli.
Mafia na wsi
Klientka Krystyny, Bożena, jest jedną z tych, które ze zwykłego żółtego sera przerzuciły się na kozi i camembert. Matka czwórki dzieci. Od wejścia w życie programu 500+, jak o sobie mówi, niezależna kobieta. W końcu czuje się doceniona za swoje macierzyństwo. Stać ja na kozi ser i na nowe lakiery do paznokci. Oczywiście dzieciakom też nie żałuje. Nowe sukienki i słodycze, czyli to, na co zawsze brakowało.
Z pracą bywa różnie, Bożena dorabiała kiedyś w sklepie u pani Krystyny, lecz zdecydowanie bardziej widzi się w roli klientki.
Niebezpiecznie, bo niedługo po zmianach politycznych po wsi gruchnęła plotka, że jedna z dawnych sprzedawczyń w wiejskim sklepie wdała się w mafijne układy. I wcale nie jest tak, że pracuje w Anglii, jak przez całe lata zapewniano, lecz siedzi w więzieniu. Tym bardziej że ostatnio kilka razy jakieś czarne limuzyny pojawiły się we wsi i ktoś o nią wypytywał. Tak więc co jak co, ale atmosfera do mieszkania na wsi taka dobra nie jest. mówi Bożena.
O ziemię boi się też Marian. Nie do końca rozumie zmiany w prawie, ale liczy na to, że ziemię jednak będzie mógł podzielić i sprzedać, jeśli będzie musiał. –
Krystyna:
Tych obcych rąk to we wsi się najbardziej boją. Jak kilka lat temu poszła plotka, że Holendrzy chcą mleczarnię we wsi otwierać, na miejscowych padł blady strach. Że prace im zabiorą, że po ich domowe wyroby mleczarskie już nikt nie sięgnie. I chociaż Holendrzy i tak z Mazowsza zrezygnowali na rzecz Podlasia, to niepokój, że pojawią się inni obcy, pozostał. – Wprawdzie PiS obcych nie chce, ale jak przyjmie tę minimalną liczbę uchodźców, to pewnie właśnie na wieś ich skieruje. Żeby z miast się pozbyć – dodaje Krystyna. –
5 kilometrów dalej, w pokoju wyłożonym boazerią, Karol przegląda ceny biletów autobusowych do Niemiec, a jego siostra Ania czatuje z nowo poznanym chłopakiem na jednym z portali randkowych. Ma na imię Amir.