Dziennik Gazeta Prawana logo

"Szczuta przez tabloidy prowincjonalna Anglia się wściekła. Wroga podano jej na tacy"

2 lipca 2016, 08:37
Ten tekst przeczytasz w 16 minut
York
York/Shutterstock
Mówią mi: Addie, nic się nie zmieni. Ty już tutaj z nami jesteś i nigdzie cię nie chcemy wyrzucać. Chodzi o to, żeby innych nie wpuszczać. Nie wszyscy Brytyjczycy są jednak tak wyrozumiali.

Nic się nie zmieni – to zdanie słyszę najczęściej, kiedy rozmawiam z rodakami, którzy zakotwiczyli na Wyspach. Ta sama pewność przebija z internetowych czatów. Nienawiść do naszych? Ogólnobrytyjski hejt? Zdarzają się incydenty, ale jeśli ktoś mówi, że to zjawisko, to raczej medialne. Ale gdyby? Gdyby jednak tak się zdarzyło, że będą musieli wracać? Tym, co uderza mnie jak kamień rzucony prosto w twarz, jest to, że odpowiedź brzmi: wtedy pojedziemy szukać szczęścia dalej. Niemcy, Chiny, może Australia czy Nowa Zelandia. Polska? Nie. Na pewno nie. Nigdy. Za nic.

Joanna Karas przyjechała do Anglii 16 lat temu, kiedy pierwsi odważni zaczęli tam wyjeżdżać do pracy. Joanna jest analitykiem medycznym, chciała podnieść swoje kwalifikacje, poduczyć się języka i po roku wrócić. Ale wyszło inaczej, bo poznała swojego przyszłego męża, który namówił ją, aby spróbowali dorabiać się w Londynie. Tyrali na czarno za półdarmo, nie narzekali, zaciskali zęby i pięści, bo nawet gdyby chcieli się poskarżyć, to nie było komu.

Lucas Burchard (wcześniej po prostu Łukasz) opowiada, że jego brytyjska przygoda zaczęła się w 2000 r. od Erasmusa na University of Greenwich. Spodobało mu się. Wrócił do kraju, obronił się, chciał zarabiać, usamodzielnić, więc znów wyjechał.

– wspomina. Mało brakowało, aby ją stracił, bo kiedyś do pubu przyszli prawdziwi Niemcy. „A to traf – mówi do nich szef – mamy barmana Niemca!”. Na poczekaniu wymyślił historyjkę o tym, jak to matka jest Polką, ojciec Niemcem, rozwiedli się, jak był mały, i mama zabrała go do Polski – stąd tak kiepski niemiecki.

Opowiada: na jedzenie.

Nie było łatwo, ale nie trwało to zbyt długo. Po wejściu Polski do UE ich świat się odmienił. Wszystko się zmieniło na lepsze. – I ruszyła druga fala emigracji. Całkiem inna niż ta, na której oni przypłynęli. wspomina Joanna. Ale odważni, ambitni, dobrze wykształceni. I gotowi do naprawdę ciężkiej pracy. Nawet jeśli zaczynali od pubu i zmywaka, nie mieli ochoty tkwić przy nim na zawsze.

Lucas Burchard:

Piął się po szczeblach kariery, na dwóch etatach: zwykła praca za dnia, dodatkowa po nocach w sklepie. kwituje.

Skończył ACCA (profesjonalna edukacja w dziedzinie księgowości – wszystkie jego magistry były tam funta kłaków warte), kupił mieszkanie (do tej pory spłaca – już będzie 10 lat). A teraz jest senior management accountant (kierownik działu księgowości zarządczej).

wzdycha, bo wolałby podróżować i przeżywać przygody.

Lucas, tak jak inni Polacy, którzy siedzą na Wyspach dłużej, nie obawia się skutków Brexitu (o ile faktycznie do niego dojdzie, gdyż nie wszyscy w to wierzą). Jak mówi, większość ułożyła sobie jakoś życie, lepiej czy gorzej. Niektórzy ustawili się całkiem nieźle, mają biznesy, rodziny – i zbyt dużo do stracenia, by wrócić do Polski albo zacząć od nowa gdzie indziej.

Tym, co Lukasowi rzuca się w oczy, jest to, że nasi rodacy, którzy pozakładali tutaj rodziny i dorobili się dzieci, wychowują je na małych Anglików. Nawet mówią do nich po angielsku (z twardym polskim akcentem). ocenia. I dodaje, że efekt Brexitu będzie taki, iż większość Kowalskich i Nowaków postara się o brytyjski paszport i nigdzie się stąd nie ruszy. On też nie zamierza, dosiedzi tu do brytyjskiej emerytury. I wyjedzie gdzieś do ciepłych i tanich krajów – Tajlandia, Kambodża, Kostaryka – i będzie tam żył komfortowo.

A jeśli Anglicy nie dadzą im żyć? Wypędzą, a jeśli nawet nie, to będą obrażać i lżyć, wyzywać od robactwa i jeszcze gorzej? Wydaje się, że referendum niczym jakaś uwolniona nagle sprężyna spowodowało wybuch nacjonalistycznych, antypolskich głównie nastrojów.

Większość moich rozmówców z politowaniem przyjmuje te obawy. Michał nr 1 komentuje na FB: „Cześć Mira :) Na dzień dzisiejszy nic się nie zmienia. Spokojnie czekam na rozwój wydarzeń. Ale spodziewamy się spadku funta i wzrostu cen w sklepach”.

Michał nr 2:

Mam jednak wrażenie, że Michał nr 2 przesadza z bagatelizowaniem, tak jak niektórzy przesadzają z demonizowaniem.

Adrianna Duchnowska, 22-latka, która na Wyspy trafiła zaraz po maturze (chciała popracować, podszkolić angielski i wracać, ale się zakochała w spadkobiercy Imperium), a teraz obsługuje klientów na pełen etat w piekarni usytuowanej w jednym ze Sainsbury’s (sieć supermarketów, największy rywal Tesco), czuje, jak gęstnieje atmosfera. I to nie chodzi tylko o stosunek do Polaków, ale do wszystkiego. Po prostu – Brytyjczycy strasznie się między sobą żrą. Ada wspomina, że w jej 22-osobowej załodze (jest tam jedyną cudzoziemką, co nikomu nie przeszkadza, traktują ją jak swoją) dyskusje na temat Brexitu zaczęły się jakiś miesiąc przed referendum. Ale były spokojne, prowadzone na luzie, choć mieli różne zdania. Dopiero kiedy ogłoszono wyniki, coś w ludziach pękło. uważa Adrianna. Opowiada, że z niepokojem obserwuje, jak internet zalewa się nienawiścią wszystkich do wszystkich, jak niedawni przyjaciele zrywają ze sobą stosunki, bo mają inne zdanie, kumple wyrzucają się ze znajomych na fejsie. Także dyskusje w pracy uległy zaostrzeniu. powiada. I przyznaje, że przestało być tak miło, a zrobiło się nieco nerwowo. Miała ostrą wymianę zdań z jednym kolegą, gorącym zwolennikiem Brexitu, który nie ukrywa, że ucieszy go pozbycie się „pasożytów”. Powiedziała mu, że ma nadzieję, iż podobne rzeczy słyszą teraz Brytyjczycy w Hiszpanii, Grecji czy innym unijnym kraju – a przebywa tam milion Wyspiarzy. I dodała złośliwie, że zresztą nieważne, i tak nie zrozumieją, co się do nich mówi, bo władają tylko jednym językiem, a i to w większości niepoprawnie. W odróżnieniu do Polaków przyjeżdżających do nich. W dodatku – nawet proporcjonalnie rzecz biorąc – to naszych siedzących na socjalu, wysysających benefity – jest dużo mniej niż brytyjskiej biedoty. A to właśnie te doły społeczne najbardziej narzekają na emigrantów. Na ludzi takich jak ona – ciężko pracujących, płacących podatki, składki na zdrowie i emerytury.

Szok. To także jedno z częściej używanych słów, kiedy ludzie mówią o tym, co się stało i co w związku z tym czują.

Joanna Matusik (26 czerwca minęła piąta rocznica jej pobytu w Doncaster, gdzie pracuje w fabryce Ba Components na stanowisku inspektora jakości, 40 lat, z zawodu montażystka filmowa, dwóch synów – 18 i 17 lat, córka – 8 lat, brytyjski partner) tak opowiada:

Joanna i jej Angol się już pogodzili. Jednak przytaczam ten opis tak obszernie, gdyż jest niezłą metaforą tego, co się teraz dzieje. – przyznaje Joanna.

W ogóle moi rozmówcy dobrze odczytują powody zarówno swojej frustracji, jak i Wyspiarzy. Robert Alexander Gajdziński, były korespondent „Newsweeka”, który w Wielkiej Brytanii (w Londynie, ale też w małych, urokliwych miasteczkach i wsiach) z przerwami pomieszkuje od 1981 roku i zna inną Anglię i Anglików, jeszcze sprzed ery Thatcher, w głębi serca im współczuje. Bo ten naród konserwatystów na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci szarpany jest wręcz rewolucjami. Ten Brexit to tylko kolejna. Gajdziński proponuje: wyobraźmy sobie tradycyjnego, rdzennego Anglika, powiedzmy z jakiegoś małego miasteczka w Buckinghamshire czy Yorkshire. Powiedzmy 50-letniego Johna Smitha, który od lat, codziennie przychodzi do swojego pubu. Kiedyś w pubie zawsze był Paul, z którym mógł pogadać. I który rozumiał jego skróty myślowe, specyficzny humor i wystarczyło słowo, dwa może, i już wiedzieli, jak im minął kolejny dzień.

A tu nagle zamiast Paula za barem staje Ryszard albo, jeszcze gorzej, Natalka. Ludzie, których John nie rozumie i którzy nie rozumieją niuansów, nie tyle już językowych, ile lokalnych. Bo inaczej rozmawia się w pubie w Yorkshire, a inaczej w pubie w Hampshire. Rysiek ani Natalka nie znają też mieszkających tu ludzi, nie mają pojęcia o ich przodkach. A Paul wszystko o każdym wiedział.

komentuje Gajdziński. I podnosi jeszcze jeden problem, delikatną kwestię, o której nie lubi się pamiętać ani mówić. Niektórzy twierdzą, że Brexit jest przez Polaków, bo to my jako pierwsi zostaliśmy „wpuszczeni” do tych małych miasteczek i wsi. Hindusi i Murzyni nigdy się tam nie zadomowili. No może Hindus miał swój corner shop, ale Murzyni w takim np. tradycyjnie angielskim Amersham pod Londynem (z dużymi naciekami Londynu, jak boleją lokalni) nadal myją samochody i podłogę w salonach Audi czy BMW. A białasy sprzedają i siedzą za biurkiem. No a Polacy nie poszli myć podłogi, ale za biurka, bo są biali. Bo ta multikulti, tolerancyjna Wielka Brytania pod skórą jest wciąż rasistowska. I tęskni za starym kolonialnym porządkiem.– opowiada Robert Gajdziński.

Podpuszczana przez tabloidy prowincjonalna Anglia się wściekła. Wroga podano jej na tacy. To Polacy, którzy zamiast myć te podłogi, sięgają po więcej.

I jest zmiana nastawienia. Gajdziński:

I dobrze, bo nasi na pewno tam zostaną. Nie mają zamiaru wracać, bo do czego.

Łukasz Łozowski przyjechał do Anglii w połowie stycznia 2006 r. z jedną walizką, ale za to bez matury. Jego tata zmarł rok wcześniej, zachorowała mama, a potem zjawili się „czyściciele” i wydarli im mieszkanie kwaterunkowe, w którym mieszkali od zawsze. –opowiada Łukasz. Miał przyjaciela w Leeds, w West Yorkshire. I za trzy miesiące zarabiał dalej 250 tygodniowo, tyle że funtów. To stały motyw: niemożność utrzymania się w kraju na minimalnym choćby poziomie. Jego koleżanka pracuje w Anglii w firmie, która ma też zakład w naszym kraju. Tam płaci ludziom 2 tys. zł miesięcznie. Tutaj, w przeliczeniu, 8 tys. Więc tam się zwalniają i przyjeżdżają tutaj. – To prawda, że życie w Wielkiej Brytanii jest droższe, ale nie trzeba matematyka, żeby obliczyć, co się bardziej opłaca. Do biedy dochodzi poczucie krzywdy. Przegrali z „czyścicielami” w sądzie, teraz mama mieszka w altance na działce i z niewielkiej emerytury ma spłacić 120 tys. zł. Za „bezumowne zajmowanie lokalu”. Łukasz chciałby to spłacić, zabrać mamę do siebie. Przez te ostatnie 10 lat przeszedł długą drogę. Od chłopaka myjącego okna, poprzez kucharza, menedżera w restauracji, na facecie pracującym w znanej firmie komputerowej. wspomina Łukasz. Zrobił jeden certyfikat, drugi, wziął kredyt, żeby opłacić naukę informatyki w City College w Leeds. Potem kolejny – projektowanie gier komputerowych. Syn właściciela domu, w którym wynajmował mieszkanie (mógł trzymać koty, to wyjątek, Anglicy nie lubią lokatorów ze zwierzętami), podpowiedział mu, żeby aplikował, bo jest fajna robota do wzięcia. Firma Emis, producent oprogramowania dla NHS, oddzwonili następnego dnia. – zapowiada Łukasz.

Powrót do Polski nie wchodzi w grę. Nie tylko dlatego, że nie ma zamiaru roznosić ulotek za 4 zł na godzinę w Garwolinie, jak mu proponowano. Nie będzie mieszkał w kraju, w którym w świetle prawa wyrzuca się starą, chorą na raka kobietę na bruk i każe spłacać dług, którego nie było. zarzeka się Łukasz. I dodaje, że jego stosunek do Polski jest trochę taki, jak do przyjaciela, który zaczyna brać ciężkie narkotyki i chlać. Dalej czujemy do niego sentyment, ale nie chcemy już spędzać z nim czasu. Jak sobie zrobi detoks, jak naprawi krzywdy, które wyrządził innym, będzie czas się nad tym zastanowić.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło Dziennik Gazeta Prawna
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj