Jak w oblężonej twierdzy. Tak od kilku miesięcy czują się polskie organizacje pozarządowe. Dobra zmiana zaczęła się i w tym sektorze. W telewizji publicznej, a także w wypowiedziach polityków rządzącej partii pojawiły się niepotwierdzone zarzuty o niekontrolowanych finansowych przepływach od powiązanych politycznie z NGO samorządów i ministerstw (oczywiście z czasów poprzedniej władzy), insynuacje dotyczące tajemniczych związków personalnych pomiędzy największymi organizacjami. Ale także czysto populistyczne zarzuty o za dużych wydatkach na pensje. A na koniec obietnica uporządkowania wszystkiego poprzez powołanie Narodowego Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego, czyli upaństwowienie sektora pozarządowego. A przynajmniej scentralizowanie pieniędzy, które zasilają te instytucje.

Ale trzeci sektor w Polsce powinien był się tego spodziewać. I to nie dlatego, że ma szczególnie dużo za uszami – choć na pewno i tu zdarza się, że pieniądze wydawane są w najlepszym wypadku nieskutecznie, a w najgorszym – wręcz niezgodnie z prawem. Organizacje pozarządowe mogły podejrzewać, że staną się celem ostrej krytyki. I powinny były się na to przygotować. Choćby starając się zmienić tak, by była ona jak najmniej uzasadniona. Bo atak na NGO wcale nie jest polskim ewenementem. Od kilku lat trzeci sektor w niemal całej Europie i Stanach Zjednoczonych, czyli tam, gdzie uznano go za równie ważny element państwa, jak sektory publiczny i prywatny, zbiera coraz gorsze oceny.

Towarzystwo wzajemnej adoracji

W Polsce NGO poczuły się zagrożone dopiero teraz, podczas gdy w całym regionie walka rządzących z trzecim sektorem jest właściwie na stałe wpisana w debatę publiczną. I nie chodzi tylko o działania Victora Orbána i Władimira Putina, którzy traktują organizacje pozarządowe jak polityczną konkurencję.