Zapytałam koleżankę, która ma dziecko z poważnym niedosłuchem, co sądzi o strajku osób niepełnosprawnych i ich opiekunów. – Powinni dostać wszystko, o co proszą. Niosą krzyż, którego nikt nie wziąłby dobrowolnie na swoje barki – odpowiedziała bez wahania. Ona nie ma problemów z przeżyciem do końca miesiąca, a niedosłuch dzieci jest dziś stosunkowo mało obciążającą ułomnością. Stać ją na prywatnych terapeutów czy lepszy aparat słuchowy niż ten finansowany przez NFZ. Zaś o osoby, które takiego szczęścia nie mają, powinno – jej zdaniem – zadbać państwo. Nie stać nas? To kwestia priorytetów. Czy wcześniejsze emerytury dla górników, dotacje TVP, strzelnice, wyprawka szkolna czy 500+ są ważniejsze?

Do mnie przemawia jeden argument: niepełnosprawni to grupa, która nie podpali opon, walcząc o dodatki, nie będzie maszerować ulicami, nie urządzi głodówki. Ostatnią grupą, której udało się wymusić na rządzie ustępstwa, byli pracownicy medyczni. Ale doszło do tego po kilkumiesięcznym strajku łącznie z odmawianiem dyżurów w szpitalach i przy wsparciu medialnym. A przecież zaczęło się od tego samego argumentu ze strony rządu – nie ma dla was pieniędzy.

Czy osoby niepełnosprawne lub ich opiekunowie mają podobne narzędzia nacisku? Nie. Sami niepełnosprawni często o sobie mówią „niewidoczni”. Są marginalizowani zarówno w życiu społecznym, jak i politycznym. Dziś walczą o pieniądze, bo często brakuje im na podstawowe potrzeby – to też grupa osób najbiedniejszych i najczęściej korzystających z pomocy społecznej. I jasne jest, że nie chodzi tylko o gotówkę, lecz o naprawę systemu. Ale zanim to nastąpi, chcieliby choć trochę lepiej się poczuć. Już. Teraz.