Temperatura maksymalna w dzień: 34 stopni, w nocy – 23. Do tego kolejne ostrzenia drugiego stopnia IMGW – to już "upał stulecia"?
Nie. Na to jest jeszcze za wcześnie. Za to już teraz możemy powiedzieć, że mamy do czynienia z dość długim okresem fali upałów i tzw. blokadą wyżową.

To częste zjawisko w naszych warunkach?
Kiedyś nieczęste, bo w tych szerokościach geograficznych – ze względu na to, że ziemia się obraca, będąc ogrzewana na równiku i chłodzona na biegunach – dominują wiatry zachodnie. W zasadzie powinienem dziś powiedzieć: powinny dominować. Bo kiedy spada różnica temperatur między biegunem a równikiem, mechanizmy, które wywołują wiatry zachodnie, stają się coraz słabsze. A to oznacza, że możliwe jest powstawanie bardzo stabilnych układów powietrza o innych cyrkulacjach. Takich, które przyniosą i utrzymają nad nami powietrze dużo cieplejsze niż dotychczas.

Ale to przecież nie pierwsze tak gorące lato! Dane EASAC już wcześniej pokazywały, że od 1880 roku fala upałów wydłużyła się dwukrotnie, a wystąpienie gorących dni jest trzy razy bardziej prawdopodobne. To jak z tymi upałami w Polsce bywało?
W 2006 roku przeżyliśmy np. najgorętszy lipiec w historii pomiarów – termometry pokazały 36,1 stopnia. A i przez niemal cały miesiąc temperatura maksymalna utrzymywała się powyżej 30 stopnia. Tak na marginesie, nie wiem czy tegoroczne lato okaże się aż tak gorące. Podobnie było cztery lata później i w 2015 roku, kiedy w dzień było powyżej 30 stopni, a nocami w wielu miejscach temperatura nie spadała poniżej 20 stopni.

Z analiz wynika wyraźnie, że już od dziesięciu lat upały są częstsze i trwają dłużej. A i średnia temperatura w roku jest wyższa.
Ta ostatnia w Warszawie wzrosła do ponad 9 stopni, z jeszcze nie tak niedawno, bo w latach 70-tych wynosiła 7 stopni.

I skąd te skoki?
Wcześniej w latach 1950-1990 nie było gwałtownych wzrostów temperatur, bo na całym świecie emitowaliśmy do atmosfery coraz więcej pyłów, które odbijały promieniowanie słoneczne. I choć jednocześnie rosła zawartość gazów cieplarnianych w atmosferze, to temperatura powietrzni ziemi już nie. Kiedy z kolei zaczęliśmy się zajmować oczyszczaniem atmosfery – co jest bardzo dobre dla zdrowia i przyrody – to efekt pyłów zaczynał maleć, a wzrost roli gazów cieplarnianych narastał.

Nadal rośnie też emisja dwutlenku węgla.
Dokładnie, emitujemy go dwa razy więcej w ciągu roku niż w latach 80-tych i cztery razy więcej niż w latach 50-tych. Siłą rzeczy efekt wzrostu koncentracji gazów cieplarnianych na zmiany temperatury naszej planety jest coraz silniejszy. Ni mniej ni więcej działamy w ten sam sposób, jakbyśmy ocieplali budynek. Jest stała dostawa energii z pieca, czytaj: od Słońca, a my robimy wszystko, by utrudnić ucieczkę ciepła na zewnątrz. Jak szalony robotnik okładamy Ziemię kolejną warstwą uszczelnienia. A że emitujemy coraz więcej i więcej gazów cieplarnianych, to możemy się spodziewać kolejnych trudnych do zniesienia fal upałów.

Jak trudnych?
Przy założeniu, że nic się w tym względnie nie zmieni – to scenariusz emisji zwany oficjalnie business as usual – do 2100 roku nastąpi wzrost temperatury o 3,2-5,4 stopni w stosunku do początków XX wieku.

Z czym to można porównać?
Może to przypominać zmianę temperatury między epoką lodowcową a interglacjałem. Typowa fluktuacja średniej temperatury naszej planety miedzy środkiem epoki lodowcowej – czytaj: dwa kilometry lodu nad Warszawą, poziom morza 120 m niższy, lądolód pokrywający dużą część półkuli północnej – a stanem aktualnym, to ok. 4,5 stopnia. A to oznacza, że w 100 lat jesteśmy w stanie zmienić atmosferę i klimat w takim stopniu, jak zmieniły się one wskutek procesów naturalnych w ciągu 20 tysięcy lat.
Z punktu widzenia przyrody – czasu życia roślin i zwierząt, nie wspominając już o ewolucji gleby – to tempo niebywale. Nie jest też na nie przygotowana nasza infrastruktura – kanalizacja burzowa, przeciwpowodziowa, czy osiedla projektowane są przecież na inne warunki niż te, które wystąpią za kilkadziesiąt lat.

W budynkach będziemy się więc gotować?!
Można tak powiedzieć. A to tym bardziej, że już teraz zapracowaliśmy sobie na dużą zmianę, a i nadal bardzo intensywnie pracujemy nad tym, by pogoda była dla nas nie do zniesienia. W 2017 roku nastąpił rekordowy wzrost koncentracji dwutlenku węgla w atmosferze; i to mimo porozumień paryskich.

Za te wszystkie zmiany odpowiada tylko globalne ocieplenie?
Wszystkie inne czynniki rządzące klimatem, w tym aktywność słoneczna i ułożenie na orbicie, działają w kierunku ochłodzenia klimatu. Mówiąc wprost: tak, stały wzrost temperatur, z którym mamy teraz do czynienia, jest w stopniu większym niż 100 proc. spowodowany antropogenicznym globalnym ociepleniem. I nawet gdybyśmy dziś zaprzestali emisji, to powrót do równowagi zająłby nam ok. 30 lat. My tymczasem emitujemy coraz więcej.

Ekstremalnych zjawisk też będzie przybywać? Wiatry już teraz dochodzą do 130 km/h, opady – 30 mm/h, a grad ma wielkość kurzych jaj.
One już wcześniej miały miejsce, ale teraz są tylko częstsze i łatwiej je zauważyć. Ale tak, będzie ich więcej i pojawią się kolejne ekstrema – wiatr do 300 km/h, opad deszczu do 60 mm/h, czy np. permanentne susze. Pamiętajmy, że standardowo lipiec to miesiąc, w którym jest w Polsce najwięcej opadów, a tymczasem już teraz ilość wody dostępnej w przyrodzie maleje. W pewnym momencie jej zabraknie i dla nas – już teraz słyszymy komunikaty, by ograniczać produkcję energii, bo brakuje wody do chłodzenia bloków energetycznych.

To teraz staje się typowe w pogodzie, za kilka lat będzie już normą?
Zmiany będą coraz większe i szybsze, więc nie sposób będzie się do nich przyzwyczaić. Być może za kilkanaście lat taka fala gorąca, jaką teraz mamy, to będzie przyjemny chłodek. A o upale będziemy mówili, kiedy temperatura przekroczy 35 czy 40 stopni, a nie jak teraz 30. O nocy tropikalnej z kolei, kiedy nie spadnie poniżej 30 stopni; teraz to 20 stopni. Jedno jest pewne: pojęcie upału na pewno będzie się zmieniało. Podobnie jak do tej pory – wraz ze wzrostem średniej zamożności – przesuwa się pojęcie dobrobytu.