"Nie przyznaję się. Jestem chory. Jest mi przykro, że tak się stało" - mówił strażnik-zabójca. Pytany, o jaką karę dla siebie wnioskuje, odparł, że nie wie. Potem wyraźnie zdenerwowany usiadł między dwoma pilnującymi go policjantami.

Prokuratura i oskarżyciele posiłkowi domagali się dla Damiana Ciołka dożywocia. Obrona wnosiła o nadzwyczajne złagodzenie kary oraz uwolnienie od zarzutu usiłowania zabójstwa policyjnych negocjatorów i antyterrorystów.

Sąd zgodził się z prokuraturą i skazał Damiana Ciołka na dożywotnie więzienie. Nakazał mu też wpłacić 50 tysięcy złotych na Fundację Pomocy Wdowom i Sierotom po Poległych Policjantach.

Biegli twierdzili, że w chwili popełnienia zbrodni strażnik miał ograniczoną poczytalność, ale był zdrowy psychicznie. "Strzelałem, ale nie wiem, dlaczego. Coś się ze mną stało, jakaś moc do mnie przyszła" - tłumaczył się przed sądem na poprzednich rozprawach. Przekonywał, że nie chciał nikogo zabić.

Śledczy nie zgadzali się jednak z tymi wyjaśnieniami. Twierdzili, że strażnik doskonale wiedział, co robi. "Przestał strzelać dopiero, kiedy nie było ruchu w samochodzie, kiedy był pewien, że zabił wszystkich" - mówiła prokurator Krystyna Patora.

Tragedia w sieradzkim więzieniu rozegrała się w marcu ubiegłego roku. Damian Ciołek ostrzelał z wieżyczki radiowóz, którym trzej policjanci mieli eskortować aresztanta do prokuratury. Na miejscu zginęli dwaj mundurowi - 31-letni Bartłomiej Kulesza i 32-letni Andrzej Werstak. Ciężko ranny w klatkę piersiową i brzuch 40-letni Wiktor Będkowski w stanie krytycznym trafił do szpitala, gdzie mimo operacji zmarł. Aresztant - ranny w brzuch, rękę i udo - także trafił do szpitala.