"Ratownik nie może wejść na niezabezpieczony teren. Jest zasada, że życie ratownika jest ważniejsze niż ofiary; ratownik jest ważniejszy niż ranny. Nie powinien udzielać pomocy, jeśli jego bezpieczeństwo jest zagrożone" - przekonywał dowódca sekcji medycznej i przełożony oskarżonych - lekarz i kapitan rezerwy Sebastian Ś.-B.

Lekarz przyznał, że widział zwłoki kaprala Piotra Nity, ale ocenił, iż nie można było udzielić mu pomocy. Kapitan jest świadkiem obrony. Twierdzi, że pamięta tylko, iż na sanitarce był ślad po pocisku lub rykoszecie.

>>> Dowiedz się, co stało się w Iraku

Inaczej całe wydarzenie pamięta kierowca jednego z pojazdów, który jechał w ostrzelanym konwoju. Zeznał, że po ataku konwój nie był już ostrzeliwany.

"Bez kłopotu wysiadłem z pojazdu i pobiegłem do swojego sektora. Nie czułem zagrożenia, świstu kul czy odłamków" - powiedział starszy szeregowy Paweł P. Przyznał, że były kłopoty z łącznością (na co także wskazuje obrona), ale nie stanowiło to szczególnego problemu, bo "wszyscy wiedzieli co mają robić".

Za niewykonanie rozkazu i narażenie innych żołnierzy na niebezpieczeństwo oskarżonym grozi do pięciu lat więzienia. Wojskowy Sąd Garnizonowy w Warszawie zdecydował o bezterminowym odroczeniu rozprawy. Do następnej rozprawy oskarżonych sanitariuszy zbadają biegli psycholodzy i psychiatrzy.