Jeśli ta tendencja nie zostanie powstrzymana, to polskie miasta zostaną zasypane ulotkami podobnymi do tych reklamujących agencje towarzyskie.

Handlarze dopalaczami w wakacje szukają klientów nad morzem, bo tam przebywa najwięcej młodzieży. W lipcu swoje stragany ustawili nawet na głównym deptaku w Międzyzdrojach, ale po nagonce w mediach właściciel terenu odmówił przedłużenia dzierżawy na sierpień.

Handlarze znaleźli więc inny sposób. Po deptaku spacerują młode, skąpo odziane hostessy, które rozdają przechodniom ulotki z numerami telefonów i reklamą dopalaczy.

Ja działa system, sprawdził dziennikarz "Głosu Koszalińskiego". Handlarz zaproponował mu transakcję za minimum sto złotych. "1 gram (tu pada nazwa substancji) kosztuje 50 złotych, ale naprawdę warto. Są w trzech smakach. Naturalny, miętowy i wiśnia" - napisał w smsie. Po uzgodnieniu warunków, transakcje odbywają się w okolicach Muzeum Wolińskiego Parku Narodowego.

Walka z niebezpiecznymi, ale legalnymi środkami, toczy się nie tylko nad morzem. Lubelski sanepid, który bezskutecznie próbuje pozbyć się dopalaczy ze swojego terenu, ma nowy pomysł. "Dotychczas zakazano używania jednego ze składników dopalaczy. Jednak droga legislacyjna wprowadzająca ustawę trwała bardzo długo. Możliwe jest, aby to załączniki do ustawy określały, jakie środki chemiczne są zakazane. Ponieważ chemicy szybko znajdują zamienniki zakazanych produktów" - wyjaśnia Paweł Policzkiewicz, szef lubelskiego sanepidu. Taką możliwość można jednak wprowadzić zmieniają prawo.