Hotel Marienbad w Berlinie pozornie nie różni się niczym innym od podobnych pięciogwiazdkowych lokali. Nad wejściem przy Auguststrasse wisi neonowy szyld z logo, do eleganckiego apartamentu prowadzą wielkie, dwuskrzydłowe drzwi. Na środku stoi masywne małżeńskie łoże. Na tym to, co typowe, się kończy.

Oryginalny hotel został założony przez Kunst-Werke Institute for Contemporary Art i mieści się w zajmowanym przez niego budynku. Goszczą w nim głównie młodzi artyści spoza Berlina, maksymalny czas pobytu wynosi dwa tygodnie. W tym czasie mogą robić, co chcą, byleby tylko pozostawili po sobie dzieło sztuki. Gdy się wyprowadzają pokój zostaje udostępniany zwiedzającym. Marienbad to jeden z wielu coraz popularniejszych na świecie art hoteli. Ale zarazem jedyny w swoim rodzaju. "Apartament w naszym hotelu to dzieło sztuki samo w sobie" - opowiada DZIENNIKOWI Denhard von Harling z Kunst-Werke. - "Ale zwiedzający już nie mogą u nas spać. Więc w pewnym sensie Marienbad jest lustrzanym odbiciem klasycznego art hotelu".

Współczesne hotele sztuki to zazwyczaj czysto biznesowe przedsięwzięcia. Gdy luksusowych miejsc noclegowych nie brakuje, hotelarze postanowili odwołać się do naszych potrzeb duchowych i tu poszukać haczyka na klienta. Popularna sieć art’otel ma aż siedem budynków, większość mieści się w Niemczech. W nieodległych planach ma otwarcie kolejnych, m.in. w Londynie, Marakeszu i Amsterdamie. W berlińskiej placówce zebrano aż 221 prac Andy’ego Warhola. Za najtańszy pokój zapłacimy 75 euro, za najdroższy 115, czyli wcale nie więcej niż w innych czterogwiazdkowych hotelach w centrum. Czy jednak rzeczywiście art’otel wyróżnia się na ich tle? "Jako człowiekowi zajmującemu się sztuką zarezerwowano mi pokój w budapeszteńskim art’otelu. Poza nazwą i niezliczoną ilością grafik amerykańskiego artysty Donalda Sultana, nie miał ze sztuką wiele wspólnego. Zastanawiałem się, dlaczego akurat jego prace wiszą na ścianach. Po tym pobycie nabrałem sporo podejrzliwości do koncepcji art hoteli" - wspomina Marcel Andino-Velez, członek zespołu Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie.


Choć tego typu inicjatywy próbują odwoływać się do tradycji, w której hotel pozostawał dla artysty domem czy miejscem twórczej wymiany myśli, a nawet pracownią, to dziś mało mają wspólnego ze swoimi pierwowzorami. Najsłynniejszy z nich to bodaj Hotel Chelsea w Nowym Jorku. Robert Mapplethorpe, Frida Kahlo, Diego Rivera, Robert Crumb - to tylko kilku plastyków, którzy w nim mieszkali, a których prace zdobią dziś jego wnętrza. Hotel Chelsea był centrum artystycznej sceny, miejscem spotkań bohemy. William S. Burroughs, Leonard Cohen czy Arthur Miller traktowali go jak swoją przystań. Nowe hotele sztuki nie mogą się pochwalić taką tradycją. Co innego, że jej brak próbują często nadrabiać przepychem, który przybiera czasem karykaturalne rozmiary. W nowojorskim Gramercy Park znajdziemy prace twórców, o których polskie muzea mogą tylko pomarzyć - Velazqueza, Juliana Schnabela czy Damiena Hirsta. Ale dla Gramercy to za mało. Zarządzający biznesem uznali, że sztuka powinna towarzyszyć gościom także w toaletach. Przyjemność oglądania prac znanych artystów nawet podczas mycia zębów wycenili od 400 do 2 tys. dol. za dobę.

"Tego typu hotele nie są zjawiskiem, które ma wielki wpływ na świat czy rynek sztuki. Wszystko zależy od rangi działalności i poziomu prezentowanych prac. Nie uważam jednak, że art hotele muszą prezentować jedynie sztukę łatwą i przyjemną" - zapewnia Anda Rottenberg, kurator, była szefowa Zachęty. Ze znalezieniem miejsc, które spełniają misję, nie ma problemu. Hotel of Modern Art położony między chińskimi miastami Guilin i Yangshuo to przedsięwzięcie bez precedensu. Budynek otacza wielki park rzeźby Yuzi Paradise, w którym można znaleźć 200 prac przygotowanych przez 140 artystów z 47 państw świata. "HOMA oferuje gościom poziom artystyczny nigdy wcześniej niedostępny w Chinach" - mówi DZIENNIKOWI Josh Lv z HOMA. Rzeźby powstały podczas 11 międzynarodowych sympozjów organizowanych przez hotel. Artyści byli zapraszani na dwumiesięczny plener, podczas którego tworzyli swoje prace.

Nieco inaczej ma się sprawa z greckim hotelem Semiramis w Atenach. Jego właścicielem jest Dakis Joannou, jeden z największych prywatnych kolekcjonerów sztuki na świecie, członek zarządu New Museum of Contemporary Art w Nowym Jorku i Tate Modern Council. Nic dziwnego, że jego hotel to nic innego jak galeria sztuki współczesnej z miejscami do spania. Co ciekawe, duża część kolekcji jest wymieniana co pół roku na kolejne prace ze zbiorów Joannou. "Goście, którzy przyjeżdżają do nas regularnie, mają okazję poznawania nowych dzieł i dzięki temu zyskują wrażenie, że przebywają w muzeum sztuki" - mówi DZIENNIKOWI Elena Lissaiou z Semiramid. Aktualnie w hotelu możemy oglądać prace m.in. Jeffa Koonsa, Sue Webster i Tima Noble’a. Ale zbiory greckiego miliardera kryją jeszcze wiele znanych nazwisk, dzięki czemu w pokojach zawisną też dzieła Takashi Murakamiego czy Gilberta & George’a.


Na razie żaden polski hotel nie może dorównać swoim zagranicznym braciom. Ale i u nas pojawiają się pierwsze art hotele. Najlepszym przykładem jest Lalala z Sopotu. Ma tylko siedem pokoi, ale każdy z nich został zaprojektowany przez innego młodego artystę. Kuba Bąkowski przygotował pokój urządzony w stylu ludowym. Na ścianach ozdoby w stylu kurpiowskich wycinanek. Tyle że w mało tradycyjnych różowych barwach. Z kolei Marek Mielnicki, fotograf i designer, ozdobił ściany w stylistyce street artu. "Zlecenie potraktowałem w kategoriach artystycznych, a nie komercyjnych. Wyszło oszczędnie i z gustem" - twierdzi Mielnicki.

Co innego Blow Up Hall Grażyny Kulczyk. Mimo że hotel istnieje już kilka miesięcy, nie mówi się o nim dużo. A to ewenement na polską skalę. Menedżerka mieszczącego się w Starym Browarze Blow Up Hall protestuje w wywiadach prasowych przeciwko nazywaniu go hotelem i określa mianem "interaktywnego dzieła sztuki". Na czym polega owa interaktywność? Wszystkimi urządzeniami sterujemy za pomocą iPoda, na ścianie - wielkim ekranie - wyświetlana jest sylwetka gościa złożona z pikseli. W wystroju dominują minimalistyczne motywy, mnóstwo błyszczących, świecących i pogiętych elementów. Istny Star Trek. "Art hotele to po prostu dalsze rozwinięcie biznesowego modelu "boutique hotels", który odniósł wielki sukces w latach 90." - twierdzi Andido-Velez. "A wprowadzenie sztuki w przestrzeń hotelu to jednak przede wszystkim chwyt marketingowy, grający na snobizmie".