Chcesz wygrać miliony? Lepiej uważaj
Trafiony los na loterii, często zamiast przynieść szczęście, zamienia życie w piekło. Kiedy pada wygrana, natychmiast pod drzwiami zwycięzcy pojawiają się kolejki potrzebujących. Zwycięzcy szaleją i topią kasę w ryzykownych interesach. Wielu żyje w stresie, bojąc się o życie.
- Watykan potępia Włochów za granie na loterii
- Dwóch szczęśliwców podzieli się 140 mln euro
- Wygrał 600 milionów złotych w lotto
- W totolotka wygrasz nawet 50 milionów
- Tusk: Wygraną w Lotto oddam żonie
- 115 milionów euro - pulą we włoskim lotku
- Nikt nie zgarnął fortuny. Jest megakumulacja
- 145 milionów euro do wygrania we włoskiej loterii
Pogoda
POLSKA
Niedziela 2012-02-12

temp. min -27°C max. -1°C
opady:
niewielkie opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Nic nie zapowiadało nadchodzącego koszmaru, gdy w zeszłą sobotę mieszkańcy toskańskiego miasteczka Bagnone, podobnie jak większość Włochów, czekali na wyniki loterii Superenalotto. Podniecenie było zrozumiałe - nagroda miała wynieść prawie 168 mln euro. Kilka godzin później, gdy media podały, że szczęśliwy kupon został zakupiony właśnie tu, w kawiarni Biffi, tłum wyległ na główny plac, by świętować sukces. W huku korków od szampana nie słychać było jednak wiwatów najbardziej zainteresowanego. Zwycięzca do dziś nie przyznał się do wygranej.
Zachowaniu multimilionera nie dziwi się Konrad Maj, psycholog z Wyższej Szkoły Psychologii Społecznej. "Zamknąć buzię na kłódkę i dać sobie czas, by ochłonąć, to najmądrzejsze, co może zrobić" - tłumaczy. "Inaczej czeka go masa problemów".
Od tygodnia życie w spokojnym dotąd miasteczku przypomina polowanie. Gracze z całego kraju ustawiają się w kolejkach, by kupić los w szczęśliwym barze, a media wespół z dociekliwymi mieszkańcami co chwilę ogłaszają kolejnego podejrzanego o zgarnięcie nagrody. Na celowniku byli już właściciel baru, w którym sprzedano los, Vanni Simonetti, murarz Ugo Verni, a także miejscowy ksiądz Claudio, który w dniu losowania niespodziewanie zniknął.
Ciężarówka listów, kolejka naciągaczy
Dolores McNamara na własnej skórze przekonała się, jak za sprawą wielkiej wygranej życie może zmienić się w piekło. Gdy w lipcu 2005 r. zgarnęła 115 mln euro w międzynarodowej loterii EuroMillions, wydawało się, że do 47-letniej sprzątaczki, matki szóstki dzieci z Irlandii, uśmiechnęło się szczęście. "Mamy nadzieję, że wygrana nas nie zmieni, że będziemy mogli dalej wpadać do miasta na zakupy i filiżankę kawy" - opowiadała Dolores. Myliła się. W ciągu pół roku jej rodzina była wielokrotnie straszona groźbą porwania, a policja aresztowała szajkę okolicznych gangsterów planujących porwanie 26-letniego syna Dolores. McNamarowie już w kwietniu następnego roku przeprowadzili się do 600-metrowej willi strzeżonej przez system kamer, rodzina do dziś nie rusza się nigdzie bez ochrony. Wysoki mur rezydencji chroni też przed petentami, ale listonosz odwiedza rezydencję trzy razy dziennie, bo nie jest w stanie naraz poradzić sobie z ogromną liczbą listów z prośbą o pomoc, adresowanych po prostu: Dolores McNamara, Limerick.
Bo kiedy pada wygrana, natychmiast pod drzwiami zwycięzcy pojawiają się kolejki potrzebujących. Choć tożsamość milionera z Bagnone wciąż pozostaje przedmiotem spekulacji, zaraz po ogłoszeniu wyników burmistrz Gianfranco Lazzeroni prosił go o milion euro na budowę miejskiego centrum kulturalnego, a proboszcz Marco Giuntini w niedzielnym kazaniu apelował, by "użył wygranej na pomoc innym".
"Wsparcie dla rodziny, krewnych i organizacji charytatywnych to jeden z pierwszych celów, o którym myślą wygrywający. Poza wakacjami, nowym samochodem oraz domem" - mówi DZIENNIKOWI Vicky Radcliffe z Camelot Group, firmy organizującej największą brytyjską National Lottery.
Jak zauważa Konrad Maj, chęć podzielenia się swoim szczęściem z innymi to naturalny odruch. - Zwycięzcy mają wręcz poczucie winy, obawiają się, że pieniądze poróżnią ich z rodziną, znajomymi - wyjaśnia. Szybko wpadają w pułapkę rozdawnictwa i nie potrafią sobie poradzić z tłumem przyjaciół i pokątnych inwestorów chcących wyrwać choć część pieniędzy dla siebie.
Płacz głośniej, mała
30-letni Shefik Tallmadge z Yumy w Arizonie nie umiał odmawiać. 20 lat temu wygrał w stanowej loterii 6 mln dol., dziś jest bankrutem.
"Wszyscy mnie wykorzystywali. Dziewczynka z lokalnej drużyny bejsbolowej prosiła o wsparcie, szlochając do słuchawki, a ja słyszałem, jak trener szepcze: <Płacz głośniej, mała>" - wspominał były milioner. Nie ograniczał także swoich wydatków - podróże po Afryce i Azji, nowe porsche, willa na Florydzie, potem nietrafiona inwestycja w sieć stacji benzynowych. Żeby spłacić długi, musiał sprzedać wszystko, co miał.
Wygrana zrujnowała też życie Williama Posta. Gdy zdobył 16 mln w loterii, była partnerka pozwała go, domagając się udziału w nagrodzie, a brat zlecił jego zabójstwo, by zagarnąć majątek. Po roku szczęśliwiec z Pennsylwanii zamiast 16 mln miał na koncie milion... debetu. Dołączył do siedzącego w więzieniu brata, bo groził bronią komornikowi.























Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!