- mówi Iwan Kuchta, szef administracji wojskowo-cywilnej w mieście Snihuriwka w obwodzie mikołajowskim, do którego wojska ukraińskie weszły 10 listopada. W pierwszych dniach po wyzwoleniu wjazd do Snihuriwki był zamknięty dla osób cywilnych z zewnątrz, a dziennikarze mogli tam przebywać jedynie po uzgodnieniu z armią i w towarzystwie uzbrojonych oficerów prasowych. - wyjaśnia Kuchta.
Kiedyś żyło tu 12 tysięcy osób. Pozostały 4 tysiące
Przed wojną w Snihuriwce mieszkało około 12 tysięcy ludzi. Dziś pozostało ich jedynie 4 tysiące. Wielu wyjechało jeszcze na początku otwartej wojny z Rosją, inni ewakuowali się, gdy na froncie nasiliły się walki.
relacjonuje.
W Snihuriwce intensywnie pracowały także ekipy monterów, którzy naprawiali sieć energetyczną. - Jest to bardzo ważne, bo Snihuriwka jest zgazyfikowana tylko w niewielkiej części, więc ludzie ogrzewają się prądem albo piecami na węgiel, a zima nadchodzi bardzo szybko - mówi Kuchta.
W wyniku działań wojennych w Snihuriwce całkowicie zniszczonych zostało około 5 procent budynków. Kolejne 10 procent zostało uszkodzonych. Są to domy, które znajdowały się na pierwszej linii starć. - podkreśla szef administracji miasta.
Poszukiwania tych, których deportowali Rosjanie
Nadal nieznana jest liczba ofiar rosyjskiej okupacji Snihuriwki. Gromadzeniem danych na ich temat zajmują się śledczy Służby Bezpieczeństwa i policji.
- informuje Kuchta.
Mieszkańcy Snihuriwki byli także przymusowo deportowani do Rosji. Okupanci wywieźli stąd dzieci z miejscowego domu dziecka. - opowiada urzędnik.
Ukraińskie władze poszukują także kolaborantów, którzy współpracowali z okupantami. - mówi w rozmowie szef administracji wojskowo-cywilnej Snihuriwki Iwan Kuchta.
Ze Snihuriwki Jarosław Junko