- Jako pierwsi wkraczają saperzy. Rosjanie zostawiają po sobie bardzo dużo groźnych niespodzianek, przede wszystkim zaminowane obiekty infrastruktury - mówi Iwan Kuchta, szef administracji wojskowo-cywilnej w mieście Snihuriwka w obwodzie mikołajowskim, do którego wojska ukraińskie weszły 10 listopada. W pierwszych dniach po wyzwoleniu wjazd do Snihuriwki był zamknięty dla osób cywilnych z zewnątrz, a dziennikarze mogli tam przebywać jedynie po uzgodnieniu z armią i w towarzystwie uzbrojonych oficerów prasowych. - Prowadzone są działania zabezpieczające, rozminowywanie i póki się to nie zakończy, wjazd do miasta będzie zakazany - wyjaśnia Kuchta.

Reklama

Kiedyś żyło tu 12 tysięcy osób. Pozostały 4 tysiące

Przed wojną w Snihuriwce mieszkało około 12 tysięcy ludzi. Dziś pozostało ich jedynie 4 tysiące. Wielu wyjechało jeszcze na początku otwartej wojny z Rosją, inni ewakuowali się, gdy na froncie nasiliły się walki.

- Drugiego dnia po wyzwoleniu udało nam się wznowić pracę wodociągów. Nie wszyscy mieszkańcy mają wodę, ale jest już ona w 80 procentach budynków. Nie jest dostarczana regularnie, bo pociski poważnie uszkodziły sieć, ale działamy nad tym, żeby dostawy nie były przerywane - relacjonuje.

Reklama

W Snihuriwce intensywnie pracowały także ekipy monterów, którzy naprawiali sieć energetyczną. - Jest to bardzo ważne, bo Snihuriwka jest zgazyfikowana tylko w niewielkiej części, więc ludzie ogrzewają się prądem albo piecami na węgiel, a zima nadchodzi bardzo szybko - mówi Kuchta.

W wyniku działań wojennych w Snihuriwce całkowicie zniszczonych zostało około 5 procent budynków. Kolejne 10 procent zostało uszkodzonych. Są to domy, które znajdowały się na pierwszej linii starć. - Rozbite okna, zniszczone dachy – to wszystko wymaga remontu. Wspieramy mieszkańców, na ile pozwalają nam możliwości finansowe, ale staramy się pomóc każdemu - podkreśla szef administracji miasta.

Poszukiwania tych, których deportowali Rosjanie

Nadal nieznana jest liczba ofiar rosyjskiej okupacji Snihuriwki. Gromadzeniem danych na ich temat zajmują się śledczy Służby Bezpieczeństwa i policji.

Reklama

- Wiadomo, że ludzie zabierani byli na przesłuchania i torturowani. Są to przede wszystkim członkowie obrony terytorialnej, pracownicy komendy uzupełnień i weterani walk w Donbasie. Byli przetrzymywani na komisariacie policji. Szukamy ich śladów - informuje Kuchta.

Mieszkańcy Snihuriwki byli także przymusowo deportowani do Rosji. Okupanci wywieźli stąd dzieci z miejscowego domu dziecka. - Dzieci z naszego domu dziecka, wraz z jego dyrektorem, najpierw przewieziono do Chersonia. Miesiąc przed wyzwoleniem wszyscy oni znaleźli się w rosyjskiej Anapie - opowiada urzędnik.

Ukraińskie władze poszukują także kolaborantów, którzy współpracowali z okupantami. - Główni kolaboranci zdołali wyjechać z raszystami, jednak na miejscu pozostali ci drobniejsi, którzy donosili na sąsiadów i pomagali Rosjanom w inny sposób. Teraz ich poszukujemy. Mam nadzieję, że zostaną schwytani i przykładnie ukarani - mówi w rozmowie szef administracji wojskowo-cywilnej Snihuriwki Iwan Kuchta.

Ze Snihuriwki Jarosław Junko