Dziennik Gazeta Prawana logo

Fascynujące wspomnienia milicjanta w PRL. "Francuzi uczyli się od ZOMO"

Milicja Obywatelska
Milicja Obywatelska/Shutterstock
Milicję pamięta z końca PRL, policyjną odznakę dostał kilka miesięcy po upadku komunizmu. Robert Duchnowski, były policjant przez ponad ćwierć wieku dokumentował najgłośniejsze zbrodnie i oględziny miejsc przestępstw. W rozmowie z PAP mówi o narodzinach nowej policji, wojnie z mafią, a także o tym, że nawet Francuzi uczyli się od ZOMO.

24 lipca przypada Święto Policji ustanowione na pamiątkę uchwalenia w 1919 r. ustawy o Policji Państwowej. Z tej okazji publikujemy rozmowę z Robertem Duchnowskim, byłym policjantem, który służbę rozpoczynał w Milicji Obywatelskiej, a następnie współtworzył rodzącą się po 1989 r. policję.

PAP: Z czym najbardziej kojarzą się panu pierwsze lata transformacji?

Robert Duchnowski: Powiem krótko – bomby, miny i karabiny. Tak między sobą określaliśmy tamten czas. W Warszawie właściwie co drugi, trzeci dzień dochodziło do strzelaniny albo wybuchu. Zwłaszcza pod koniec roku. Żartowałem nawet, że mafia też musi zamknąć bilans przed sylwestrem. Policja była już wtedy zupełnie innym światem niż ta, do której wstępowałem kilka lat wcześniej.

PAP: Zaczynał pan w Milicji Obywatelskiej.

R.D.: Tak, w 1985 r. Nie dlatego, że marzyłem o pałce czy ganianiu demonstrantów. Skończyłem Technikum Fototechniczne i od dawna chciałem pracować w kryminalistyce. Fascynowała mnie fotografia wykorzystywana do wykrywania przestępstw.

Po maturze czekało mnie wojsko. Pojawiła się możliwość odbycia zastępczej służby wojskowej w ZOMO. Kadrowiec zobaczył, że jestem fototechnikiem i zaproponował, żebym pomagał technikom kryminalistyki. Pomyślałem, że to właśnie moja droga. Najpierw jednak musiałem przejść szkolenie w ZOMO. Pamiętam też, że jeszcze jako uczeń technikum kilka razy dostałem od zomowców pałką. Wiedziałem więc, jak to wygląda z obu stron.

PAP: A jednak 3 maja 1986 r. znaleźliście się pod stołecznym kościołem św. Stanisława Kostki.

R.D.: To był jedyny raz, kiedy użyto naszej kompanii jako zwartego pododdziału. W pewnym momencie tłum naparł i dostaliśmy rozkaz pójścia do przodu. Powiem coś, co pewnie nie wszystkim się spodoba: siłą ZOMO nie były pałki. Siłą był szyk.

Obok mnie szedł chłopak, którego prywatnie nie cierpiałem. Kiedy wyszedł przed szereg, złapałem go za pas i wciągnąłem z powrotem. Nie dlatego, że go polubiłem. Jeśli szyk się załamuje, przegrywa cały oddział i zaczyna się chaos – nie wiadomo, co może się wydarzyć.

Pod względem wyszkolenia pododdziały zwarte ZOMO stały na bardzo wysokim poziomie. To była formacja, która wiedziała, jak utrzymać szyk i wykonać rozkaz. Te szyki nie wzięły się znikąd. W gruncie rzeczy wywodzą się jeszcze z rzymskich legionów. Myśmy ćwiczyli ich policyjną wersję. Podobno francuskie CRS uczyło się od oficerów naszego ZOMO, a później po prostu rozwinęło te rozwiązania.

PAP: Cztery lata później Milicję Obywatelską zastąpiła policja. Jak ta zmiana wyglądała od środka?

R.D.: Paradoksalnie zmieniło się mniej, niż wielu ludziom się wydaje. Po szkole oficerskiej w Szczytnie trafiłem do Wydziału Techniki Kryminalistycznej Komendy Stołecznej. Nie zajmowaliśmy się polityką, tylko oględzinami, ekspertyzami i zabezpieczaniem śladów. Zwłoki wyglądały tak samo przed 1989 r. i po 1989 r. Zmieniło się natomiast państwo. Milicjanci złożyli nowe ślubowanie i stali się policjantami. Weryfikację przechodzili funkcjonariusze SB. Jedni odchodzili, inni próbowali odnaleźć się w nowych służbach albo w cywilu.

PAP: Ponoć wielu esbeków już wcześniej próbowało przejść do milicji.

R.D.: Tak. Część przeczuwała, że stary system się kończy, więc przenosiła się do pionów kryminalnych albo technicznych. Inni palili dokumenty, zakładali firmy czy wypożyczalnie kaset wideo. Film „Psy” bardzo dobrze oddał atmosferę tamtych miesięcy.

PAP: Wielu doświadczonych funkcjonariuszy odeszło wtedy ze służby.

R.D.: I to był ogromny problem. Przyszli młodzi, ambitni ludzie, ale często nie miał ich kto uczyć. Właśnie wtedy narodziło się powiedzenie, że „młody uczy młodego”. Ja miałem szczęście. Trafiłem pod skrzydła pułkownika Władysława Bartoszewskiego, szefa stołecznego laboratorium kryminalistycznego. Potrafiliśmy ostro się pokłócić, „macie” latały w powietrzu, ale następnego dnia wracaliśmy do pracy, jakby nic się nie stało. Dziś wiem, jak wiele się od niego nauczyłem.

PAP: Tymczasem przestępczość rosła w błyskawicznym tempie.

R.D.: Bo zmieniała się cała Polska. Reforma Wilczka, później transformacja ustrojowa, ogromne pieniądze i pierwsze wielkie fortuny. Do Polski szerokim strumieniem płynął spirytus, handlowano wszystkim, a razem z legalnym biznesem rosły zorganizowane grupy przestępcze.

PAP: Czy państwo było na to przygotowane?

R.D.: Absolutnie nie. Wcześniej nasza codzienność wyglądała zupełnie inaczej. Gdy trafiłem do Wołomina jako pomocnik dzielnicowego, znaliśmy wszystkie meliny. W jednej pili denaturat z mlekiem i nazywali go „Malibu”, w innej filtrowali go przez kromkę chleba. Wiedzieliśmy, gdzie za chwilę będzie awantura.

Reszta to były drobne wykroczenia. Kiedy zabrakło kajdanek, zatrzymanych wiązaliśmy ich własnymi paskami od spodni. Szli przez Wołomin jeden za drugim, jedną ręką trzymając spodnie, drugą kolegę przed sobą. Tak wyglądała codzienność. A potem pojawiły się zorganizowane grupy przestępcze z kałasznikowami i materiałami wybuchowymi.

PAP: Gdy mówi się o początku lat 90. XX w., większość ludzi pamięta gangsterskie porachunki, ale jednym z pierwszych sygnałów nowej rzeczywistości była zupełnie inna sprawa.

R.D.: Zanim zaczęły się wojny gangów, pojawiły się wielkie przestępstwa gospodarcze. Dla mnie symbolem tamtego czasu była Bezpieczna Kasa Oszczędności Lecha Grobelnego. Ludzie uwierzyli, że można w kilka miesięcy zostać bogaczem. Państwo dopiero uczyło się gospodarki rynkowej, przepisy były dziurawe, a nadzór praktycznie nie istniał. Wcześniej ścigaliśmy głównie złodziei i włamywaczy, nagle pojawiły się sprawy, w których znikały miliony złotych, a pokrzywdzonych były tysiące.

PAP: Symbolem walki policji z mafią stały się jednak wydarzenia w Magdalence. Jak pan je wspomina?

R.D.: Żeby zrozumieć Magdalenkę, trzeba cofnąć się o kilka lat. W Warszawie działał wtedy tzw. gang mutantów – jedna z najbardziej brutalnych grup przestępczych tamtych czasów. Napady, wymuszenia, porwania dla okupu. Co ciekawe, należał do niego także „Fragles”, z którym służyłem w jednym plutonie ZOMO. Spaliśmy niemal prycza w pryczę, razem chodziliśmy na służbę.

PAP: A później znaleźliście się po dwóch stronach barykady…

R.D.: „Fragles” był prostym chłopakiem spod Warszawy. Media zrobiły z niego antyterrorystę, ale to nieprawda. Trafił do grupy Misztala, która zabezpieczała loty krajowe. Powiem krótko: był tzw. napierdalaczem i do niczego innego się nie nadawał. Po odejściu do cywila najpierw kręcił się wokół cinkciarzy, później handlował złotem, aż w końcu trafił do „mutantów”.

Historia Magdalenki zaczęła się rok wcześniej, wiosną 2002 r. w Parolach. Policjanci przejęli ciężarówkę z elektroniką skradzioną przez „mutantów”. Bandyci byli przekonani, że łup przejęła konkurencyjna grupa, więc postanowili go odbić. Zastrzelili wtedy podkomisarza Mirosława Żaka.

Rok później policja namierzyła dwóch liderów grupy w domu w Magdalence. Antyterroryści przygotowali szturm, ale bandyci zastawili pułapkę – pod ziemią ukryli dwa ładunki wybuchowe. Jeden eksplodował w chwili rozpoczęcia akcji. Dwóch policjantów zginęło, ponad dwudziestu zostało rannych. Po zakończeniu akcji brałem udział w oględzinach. Zabezpieczyliśmy ponad dwadzieścia sztuk broni: kałasznikowy, Skorpiony, broń składaną z części. To pokazywało, z kim państwo zaczęło się mierzyć. Jeden obraz pamiętam do dziś. Kiedy odnaleźliśmy ciała na poddaszu, jeden z bandytów wciąż trzymał w zaciśniętej dłoni nabój. Do samego końca ładował magazynek.

PAP: Czy Magdalenka coś zmieniła?

R.D.: Każda śmierć policjanta prowadzi do zmian. Analizuje się błędy, kupuje nowy sprzęt, zmienia procedury. Tak było również po Magdalence. Ale przestępczość zawsze jest krok przed policją, niczym brzuch, którego nie sposób wyprzedzić. Przestępcy wymyślają coś, czego prawo jeszcze nie przewiduje, a policja musi reagować. Dla mnie Magdalenka była symbolem końca mafijnych wojen, które zdominowały lata 90.

PAP: Kolejnym symbolem tamtych czasów stało się zabójstwo generała Marka Papały. Jak to możliwe, że do dziś nie wiadomo, kto go zabił?

R.D.: Znałem generała Papałę jeszcze ze Szczytna, gdzie wykładał ruch drogowy. Przez lata narosło wokół tej sprawy mnóstwo teorii. Nigdy nie przekonywała mnie ta, że został zamordowany dlatego, iż posiadał wiedzę o powiązaniach mafii. Bardziej prawdopodobny wydaje mi się scenariusz nieudanej kradzieży samochodu. Daewoo Espero było wtedy autem bardzo pożądanym przez złodziei, bo brakowało części zamiennych.

PAP: Ale sprawców przecież nie ustalono.

R.D.: Powiem tylko tyle, że wiem, kto prowadził to śledztwo. I wiem też, że na jednej sprawie można zbudować całą karierę zawodową, odpowiednio dawkując informacje przełożonym. Więcej nie chciałbym na ten temat mówić.

PAP: Z biegiem lat zmieniała się jednak nie tylko przestępczość, ale także sama policja. Kiedy przestało się pić na komendach?

R.D.: To był proces. Zmieniała się kultura służby i standardy. W czasach milicji zdarzało się, że udaną realizację oblewano w jednostce wódką. Mniej więcej od połowy lat 90. zaczęto z tym zdecydowanie walczyć. Gdy zostałem kierownikiem, obowiązywała jedna zasada: w pracy nie pijemy. Ale wiedziałem też, że po całym dniu oględzin zabójstwa czy miejsca katastrofy człowiek czasem musi odreagować. Mieliśmy przy garażach „kapciurę”. Jeśli już ktoś chciał usiąść po służbie, to tam. Później kierowca rozwoził wszystkich do domów. Nie chciałem, żeby któryś po alkoholu wracał przez miasto i kompromitował siebie albo policję.

PAP: Policja, podobnie jak wcześniej milicja, zawsze była kojarzona z władzą. Dziś również mówi się o jej upolitycznieniu.

R.D.: Nie chcę oceniać konkretnych decyzji ani osób. Powiem tylko tyle: zawsze znajdą się politycy, którzy będą chcieli wykorzystywać policję do własnych celów, i zawsze znajdą się funkcjonariusze gotowi w tym uczestniczyć, żeby zdobyć awanse, pieniądze czy jakieś inne „frukta”. To jednak problem przede wszystkim kadry kierowniczej, a nie szeregowych policjantów.

PAP: Co dziś jest największym problemem tej formacji?

R.D.: Od wielu lat mówię o tym samym: policjant nie ma jasno wytyczonej ścieżki kariery. W każdej korporacji na rozmowie kwalifikacyjnej pada pytanie: „Gdzie widzi się pan za pięć lat?”. Policjant nie potrafi na nie odpowiedzieć. Nie wie, do jakiego wydziału trafi, kto będzie jego przełożonym ani od czego będą zależały awanse. A to rodzi pokusę, żeby bardziej zabiegać o względy szefa, niż po prostu dobrze wykonywać swoją pracę.

PAP: Po ponad trzydziestu latach służby nadal wierzy pan w policję?

R.D.: Tak. Bo policję tworzą przede wszystkim zwykli ludzie, którzy codziennie wychodzą na ulicę albo jadą na oględziny. To oni wykonują całą robotę. Przez te wszystkie lata spotkałem mnóstwo uczciwych, odważnych i kompetentnych policjantów. O nich mówi się najrzadziej, bo po prostu robią swoje. Zawsze powtarzam jedno: mundur sam z siebie nikogo nie czyni ani dobrym, ani złym policjantem. Wszystko zależy od człowieka.

Rozmawiała Mira Suchodolska

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło PAP
oprac. Piotr Kozłowski

Dziennikarz, redaktor i korektor z wieloletnim doświadczeniem. Przez lata publikował teksty, głównie kulturalne, w rozmaitych mediach, takich jak Gazeta Wyborcza, Wprost, Wirtualna Polska. W Dziennik.pl od 2017 roku, obecnie jako wydawca i redaktor newsroomu.

Zobacz wszystkie artykuły tego autoraZmiany w rządzie Niemiec. Kanclerz Merz ogłasza: To jeszcze nie koniec »
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj