Już pierwszego dnia po przybyciu Józefa Piłsudskiego do Warszawy z więzienia w Magdeburgu 51-letnia Justyna Budzińska-Tylicka, międzynarodowa działaczka feministyczna, zażądała od niego w imieniu Centralnego Komitetu Równouprawnienia Kobiet wydania dekretu o przyznaniu Polkom tych samych praw politycznych, jakie mają mężczyźni. Legenda głosi, że gdy w deszczowy wieczór zdeterminowane kobiety z panią Justyną na czele poszły do willi na Mokotowie, w której Piłsudski zamieszkał ze swoją partnerką, Aleksandrą Szczerbińską, nie zostały do niej wpuszczone. Tłukły więc parasolkami w okna, co podobno miało zmiękczyć przyszłego naczelnika.

Reklama

Zgoda (prawie) powszechna

W rzeczywistości batalia o przyznanie praw wyborczych kobietom była zorganizowaną już wcześniej w skali całego kraju akcją. „Mówi się o tym, że do sejmu ustawodawczego wybierać będą i kobiety, że nawet będą mogły być wybrane na posłów. Ale wielu jeszcze mamy przeciwników. Powiadają, że powinno być jak dawniej: niechże już wybierają robotnicy, chłopi, nawet analfabeci, ale zbrodniarzom, wariatom i kobietom głosu dać nie można. Drogie czytelniczki, w ładnym jesteśmy towarzystwie!” – pisało w te dni krakowskie feministyczne czasopismo „Na Posterunku”.

Teksty domagające się zrównania praw politycznych obu płci ukazywały się w całej prasie, od wydawnictw lewicowych po katolickie. Poznański „Przegląd Katolicki” w numerze z 17 listopada 1918 r. pisał: „Wojna obecna zrównała kobietę i mężczyznę, składając na ich barki równy ciężar obowiązków i licznych trudów. We wszystkich dziedzinach życia i zawodach stanęły do pracy kobiety, zastępując mężczyzn, przebywających na polu walki. Ich pracy zawdzięczamy, żeśmy szczęśliwie przetrwali zawieruchę wojenną. Stąd też organizacje kobiece podniosły żądanie, aby wobec równych obowiązków, równe zyskały dziś prawa obywatelskie i polityczne. Cokolwiek ludzie o tej sprawie równouprawnienia sądzić mogą lub sądzą, to jednakże nie ulega wątpliwości, że oddanie kobietom pełni praw obywatelskich odpowiada duchowi naszej katolickiej religii (…). Ruch ten nowy witamy ze szczerą radością”.

Podwójna konspiracja

Ukazanie się w konserwatywnym tygodniku tekstu „O równouprawnienie kobiet” było dla wielu czytelników szokiem, ponieważ konstytucja przygotowana przez Tymczasową Radę Stanu Królestwa Polskiego nie przewidywała przyznania paniom praw wyborczych. „Przegląd Katolicki” ostro sprzeciwiał się również takim „bolszewickim” pomysłom lubelskiego rządu Ignacego Daszyńskiego jak wprowadzenie świeckich szkół czy cywilnych małżeństw. Mimo to w listopadzie 1918 r. w kwestii praw wyborczych dla kobiet Kościół, lewica i feministki przemówiły jednym głosem.

I wojna światowa wywróciła patriarchalny porządek w Europie. Szczególnie widoczne skutki przyniosło to w zaborze rosyjskim, gdzie od stu lat status kobiet regulował Kodeks Napoleona. Wprowadzony jeszcze czasach Księstwa Warszawskiego narzucał on początkowo Polkom status niemal niewolniczy. Zamężne kobiety nie mogły posiadać osobnych dokumentów tożsamości, nie wolno im było opuszczać wyznaczonego przez mężów miejsca zamieszkania, nie miały prawa do wypracowanego przez siebie dochodu, nie mogły same zeznawać w sądach, ich prawa rodzicielskie mogły być ograniczone przez instytucję rady familijnej, a rozwód był możliwy wyłącznie w sytuacji, gdy „mąż trzymał nałożnicę w domu”.

Mimo złagodzenia w 1902 r. przepisów prawa małżeńskiego, Kodeks Napoleona stał się symbolicznym wrogiem rodzącego się pod wszystkimi trzema zaborami ruchu feministycznego. Jego publiczne spalenie na zjeździe Związku Równouprawnienia Kobiet Polskich w 1908 r. było symbolicznym początkiem rozpoczęcia przez Polki otwartej walki o uzyskanie pełni praw politycznych. Impuls dała im decyzja z 1906 r., podjęta przez parlament Finlandii, również znajdującej się pod zaborem rosyjskim, o przyznaniu praw wyborczych mieszkankom tego kraju. O prawa kobiet i niepodległość Polski walczyły często te same bojowniczki, a świetnie zorganizowany ruch feministyczny okazał się bardzo przydatny w prowadzeniu konspiracji.

Wiosną 1913 r. w domu Franciszki Ciszkiewiczowej w Warszawie miało tajne spotkanie Ligi Kobiet, przekształconej potem w Ligę Kobiet Pogotowia Wojennego, która ściśle współpracowała w czasie wojny z Legionami Polskimi Józefa Piłsudskiego. Ta „podwójna konspiracja”, którą musiały stosować kobiety w Kongresówce, zarówno przed zaborcami, jak i mężczyznami, przyniosła doskonałe efekty. Jak pisała obecna na zebraniu założycielskim Ligi Maria Dąbrowska: „mimo swej kobiecości Liga Kobiet nie była gadatliwa i nieostrożna i była to zapewne jedyna organizacja tajna, która się jako taka za czasów Moskali nie wysypała”.

Wojenny dług

Wielka wojna wyzwoliła Polki nie tylko dlatego, że wiązała się z niespotykaną w historii rzezią mężczyzn (co oznaczało konieczność przejęcia przez kobiety wielu tradycyjnie męskich ról i obowiązków), ale również z tego powodu, że brały one aktywny udział w działaniach niepodległościowych. Organizowały wywiad Legionów i Polskiej Organizacji Wojskowej, gromadziły zapasy broni, prowadziły rekrutację do polskich oddziałów. Wiele zapłaciło za to życiem. O spłacenie tych „wojennych długów” Polski wobec kobiet apelował jeszcze wiele lat po odzyskaniu niepodległości Melchior Wańkowicz, porównując ich postawę z mężczyznami, o których pisał czasem z wyraźnym niesmakiem.

„Kiedy powstała Polska Niepodległa, szły do niej długie szeregi obywateli z rachunkami: za straty, za zasługi, za to, że coś zrobili, za to, że nie psuli, za to, że mówili, za to, że milczeli, za to, że są i istnieją po prostu, za to, że walczyli i za to, że pomagali i za to, że widzieli, jak walczono, lub słyszeli. Przypomnijmy, gdzie wówczas, kiedy rejestrowano najdrobniejsze pretensje, były kobiety? W nurcie żądań, walących o młode Państwo, ich nie było. Obsiadły zwartemi masami, mrówki robocze, te nieliczne jeszcze stawidła, te tamy, które budowniczowie państwa poczęli wznosić. Już nie mówię o tych, co poszły drogą dalszych całopaleń: o Lwowie, o Śląsku, o Wilnie, o 1920 r., o wywiadzie. Wzięły sobie pewne placówki masą, bezwładem pozostałym z wojny, naporem na pracę, skromniejszymi wymaganiami. Wywołały syki głupiej męskiej zawiści, obawy przed konkurencją panów asesorów i referendarzy. Zepchnięto je poniżej ósmego stopnia służbowego, na którym są tolerowane. Dlaczego o całym szeregu urzędów wiemy, że są prowadzone przez tkwiącą na pomocniczym stanowisku kobietę, a mimo to dajemy jej raz po raz nieudolnych szefów?” – pytał ostro Wańkowicz we wstępie do publikacji „Praca kobiet w POW”.

Polki świętują 28 listopada

Reklama

Sam Józef Piłsudski doceniał wkład kobiet w odzyskanie niepodległości. Początkowo był jednak niechętny zmianom, które mogły zostać źle odebrane przez środowiska konserwatywne. Niewątpliwie ważną rolę w przekonaniu go do przyznania praw wyborczych kobietom odegrała Aleksandra Szczerbińska, jego konspiracyjna towarzyszka z Polskiej Partii Socjalistycznej – i silna osobowość. Pod jej wpływem Naczelnik podpisał dekret o ordynacji wyborczej do Sejmu Ustawodawczego, którego Artykuł 1. mówił o zrównaniu praw kobiet i mężczyzn.

W ten sposób 28 listopada 1918 r. Polki znalazły się w elitarnym gronie obywatelek dziesięciu krajów, mających czynne i bierne prawa wyborcze.

10 lutego 1919 r., po wyborach do Sejmu Ustawodawczego, jego próg przekroczyło pierwszych osiem pań, reprezentujących pięć partii politycznych; Zofia Moczydłowska, Anna Piasecka, Franciszka Wilczkowiakowa, Zofia Sokolnicka, Gabriela Balicka-Iwanowska, Irena Kosmowska, Jadwiga Dziubińska i Zofia Moraczewska. Musiały zmierzyć się z wielowiekową patriarchalną spuścizną, podobnie jak 40 kolejnych, które w czasach II RP zostały wybrane do Sejmu i Senatu.

Jak trudne było to zadanie, świadczy fakt, że dopiero w 1929 r. pierwsza kobieta została mianowana sędzią, a w 1938 r. uchylono obowiązującą w autonomicznym województwie śląskim tzw. ustawę celibatową, zgodnie z którą nauczycielki były automatycznie zwalniane z pracy w przypadku zawarcia związku małżeńskiego, ponieważ zgodnie z „tradycyjną rolą kobiety” miały zajmować się od pory wyłącznie wychowywaniem własnych dzieci.