Kraków 1494

Z okien domu niezbyt zamożnego płatnerza Jana Bełzy widać było i kramy przy Sukiennicach, i kawałek miejskiego ratusza. Mikołaj i Elżbieta, najstarsze z jego dzieci, wyglądały więc z pierwszego piętra na ulicę, kiedy tylko mogły. Dziś wyciągały szyje, niby to czekając na ojca, a naprawdę zerkając ciekawie na cichnący pomału przedświąteczny galimatias.

Część bud była już ciemna i zamknięta na głucho, ale przy innych wciąż można było kupić owoce, jarzyny, nabiał, solone śledzie czy łakocie. Pan Jan miał nadejść lada chwila. Mikołajek i Elżbietka zostali wreszcie przegonieni przez matkę, którą do izby przyciągnął wiatr wiejący z otwartego okna. Szybko znaleźli sobie nowe zajęcie: wymyślanie przeróżnych historii o tym, jak groźnymi zwierzętami musiały być wielbłądy, które w liczbie szesnastu poselstwo tureckie do króla Jana Olbrachta pozostawiło przed ratuszem latem tego roku. Dziwne to były stwory - niby konie, a jednak całkiem inne. Podobno w kościele u Bernardynów w szopce bożonarodzeniowej wystawiono wśród innych bydlątek wielbłądzie figurki. Elżbietka nie mogła się doczekać, by zobaczyć choć takiego dziwoląga, bo widok tych prawdziwych, tureckich, ominął ją niestety.

Mikołajka bardziej ciekawiło teatrum, które na Boże Narodzenie szykowali żacy z Akademii Krakowskiej. Rok temu widział je po raz pierwszy i już nie mógł się doczekać powtórki: widoku obracającej się papierowej gwiazdy ze światłem w środku, wielkich kolorowych lalek przedstawiających króla Heroda, diabła i samą śmierć, a także cudacznie przebranych kolędników, wśród których najważniejszy był dziad z wielką torbą, który zbierał datki i dawał znak do śpiewania kolęd. Elżbietka od kilku dni powtarzała sobie po cichutku słowa "Dzieciątko się nam chwalebnie narodziło, Bóg biednych ludzi pocieszył", by w Boże Narodzenie śpiewać wraz z innymi.

Naraz od ulicy dał się słyszeć przeraźliwy rwetes, zagniewane okrzyki i tupot licznych nóg. Gromada nicponi w skórach bydlęcych i dziwacznych maskach, korzystając z zamieszania, zaczepiała i straszyła przechodniów. Czuć ich było piwem, pewnie dopiero co odeszli od gry w kości w pobliskiej karczmie. Ponoć kto w ten wieczór wygrał nieco grosza, temu fortuna przez cały rok sprzyjać miała. Próżno kaznodzieje tępili zabobon i odmawiali hazardzistom prawa do nazywania się chrześcijanami. Dziś jednak szczęście opuściło łobuzów - pan Bełza wracał właśnie do domu i nie zamierzał patrzeć po próżnicy na zamęt pod własnymi drzwiami. Dwójka towarzyszących mu czeladników chwyciła więc za pałki i dalej rozganiać awanturników. Uliczka szybko opustoszała, a płatnerz witał się już czule z małżonką. Mikołaj i Elżbietka zbiegli z piętra, czekając na swoją kolej, by pana ojca uściskać. O swój ukochany świąteczny przysmak, opłatek ze znakiem krzyża i napisem "Jezus ludzi Zbawiciel", nie musieli się już dopytywać. Leżał na stole - nie mogło być inaczej. Przecież właśnie po niego pan Bełza musiał jeszcze wyjść do krakowskich przekupek, potajemnie zaopatrujących się w opłatki u benedyktynów. Ksiądz proboszcz nie musiał o tym wiedzieć.

Po skromnej postnej kolacji, na którą składała się zaledwie odrobina chleba z serem, rodzina Bełzów zaczęła szykować się na pasterkę.

Gdańsk 1582

Wdowa Schumann szalała. Wszędzie było jej pełno - na każdym piętrze i w każdej izbie jednej ze skromniejszych kamienic przy Długim Targu. Poganiała kucharki, krzyczała na służące i miotała wzrokiem pioruny. Nikt dotąd nie widział jej tak rozgniewanej, nawet w czasach, gdy żył jeszcze jej mąż, poważany kupiec bławatny, a Bóg świadkiem, że kłócili się często. Ale pani Schumann, z domu Foksen, miała powody do zdenerwowania. Południe już dawno minęło, lada chwila mieli zjawić się goście, a wigilijny stół wciąż nie wyglądał tak, jak należy. Miało stanąć na nim siedem dań rybnych: warzonych, pieczonych i w galarecie, wszystkie według receptur najlepszych gdańskich kucharzy. Do tego placki na miodzie, cztery rodzaje grzybów i mnóstwo drobnych łakoci. Uczta ta miała udowodnić dawno niewidzianemu bratu pani Schumann, że i bez męża powodzi jej się znakomicie, interes kwitnie, a próby skłonienia jej do ponownego zamążpójścia są bezcelowe.

A jako, że brat i jego żona zapowiedzieli się wraz z gromadką swoich rozkrzyczanych

dzieci, wdowa zadbała, by w kącie jadalni stały ozdobione świecidełkami rózgi, które smarkateria miała dostać gwoli świątecznej zabawy. Obok rózeg czekały puste miski i koszyki. Nocą miały w tajemniczy sposób wypełnić się bożonarodzeniowymi podarkami dla dzieci oraz służby - zbytek łaski, gdyby ktoś zapytał pani Schumann, ale trzeba iść na ustępstwa, kiedy chce się przygotować święta doskonałe.

Chaosowi wewnątrz kamienicy towarzyszył rejwach poza jej murami. W ulicznym ścisku rywalizowały ze sobą grupy rzemieślniczych czeladników, którzy, kolędując z gwiazdami zatkniętymi na długich tyczkach, dobijali się do okolicznych domów.

Wrzasku, przepychania i czasem zgoła nieświątecznych obelg było przy tym niekiedy więcej niż pieśni o narodzeniu Pańskim. Działo się tak co roku, choć cechy w petycjach do władz miasta o pozwolenie na obchód zawsze obiecywały, że młodzież "okaże pobożność i rozerwie mieszczan".

Pani Schumann nie przepadała za tym świątecznym zwyczajem, znacznie bardziej interesowało ją, w którym rzędzie uroczystej procesji szanowanych obywateli miasta pójdzie nazajutrz. Gdańscy katolicy urządzali w Boże Narodzenie najwspanialsze pochody w Królestwie Polskim, o ileż właściwsze, zdaniem pani Schumann, niż wielogodzinne modły w luterańskich zborach. I tak się rozmarzyła, że przystanęła na półpiętrze, nieświadoma cyrkowych wręcz sztuczek, których musiała dokonywać służba z półmiskami, by ją wyminąć. A kiedy skończyła już wyobrażać sobie, jak dostojnie będzie wyglądać nazajutrz w specjalnie uszytym na tę okazję płaszczu, okazało się nagle, że pierwsza gwiazdka jest tuż-tuż i słychać kołatanie do drzwi. I już miała krzyczeć, że nie jest jeszcze gotowa, gdy odkryła, że stół stoi zastawiony jak należy, wnętrza przystrojone, a potrawy gotowe do podania. Cóż, w końcu Boże Narodzenie to przecież czas cudów.

Dwór Kiszków, nieopodal Orszy, województwo witebskie 1697

Od wczesnego ranka zdawało się, że jakaś obca armia szturmuje wiejską posiadłość zamożnego rodu Kiszków. Z dali dobiegały dźwięki przypominające suche wystrzały, ale to nie lufy wrogich muszkietów grzały się do czerwoności, lecz spoceni służący rąbali lód na rzece i stawach. W zimną toń zapuszczono konopne sieci w kształcie stożka, zwane niewodami. Na wigilijnym stole nie mogło wszak zabraknąć świeżych ryb.

Nie inaczej było we dworze, gdzie panował niesłychany zgiełk, a cała służba uwijała się jak w ukropie, by sprostać świątecznym wymaganiom swych państwa. Leszcze, węgorze i sandacze miały na stole sąsiadować z karpiem oraz łososiem, który na wigilię u Kiszków jechał aż z Królewca. Szczupaka podawano z szafranem, okonie z drobno siekanym jajkiem i oliwą. Na wygłodniałych gości czekały trzy zupy: barszcz z uszkami, grzybami i śledziem, migdałowa z rodzynkami i piwna polewka postna, w której pan domu zasmakował podczas dalekich podróży do Rosji. Czwartą zupą była kucja, niekiedy zwana kutią, ale ta przeznaczona była dla służby, dla której wigilijną wieczerzę przygotowywano osobno. W spiżarniach kruszało dzikie ptactwo, a czerwone mięsa czekały na swój czas w marynacie. Surowe szynki litewskie leżały obok ośmiu rodzajów wędlin, a te z kolei szły w zawody z wielkimi pasztetami. Wigilia Wigilią, ale przecież trzeba było przyszykować potrawy także na kolejne dni świętowania, wcale już nie postne.

Dzieci łakomie zerkały ku kopiastym stertom placków z miodem oraz wielkim piernikom, które dojrzewały już od dwóch miesięcy, a dziś miały się wreszcie doczekać oficjalnej prezentacji. Ale jeszcze większą ich ciekawość budziło, jakie w tym roku dostaną podarki.

Pan Kiszka pozostawił kuchnię pod opieką swej żony, sam zaś zajął się porządkiem w piwniczce. Co roku zbierał od gości zasłużone pochwały za dobór trunków, nie inaczej miało być w te święta. Były tu i czworokątne butle z miodem, antałki piwa zwykłego i dubeltowego, takiego samego, jakie podawano na dworze Sapiehów. Była beczka pienistego piwa angielskiego, którą kupiono w Gdańsku od kupców holenderskich. Na półkach stały i wódki: najwięcej anyżówki oraz kminkówki. Ale w największą dumę wprawiały pana Kiszkę wina, w tym węgrzyn ze składów w Białymstoku. Tym węgrzynem chciał wraz z synami wznieść w święta toast za zdrowie nowego króla, najmiłościwiej od trzech miesięcy panującego Augusta II Mocnego.

- Może i o północy woda w studni zamieni się w wino - mruczał zadowolony pan Kiszka. - Ale na pewno nie w takie. A potem szybciutko zamknął piwniczkę i pobiegł z powrotem do domu. Hałas przed gankiem dowodził, że zajechali już pierwsi goście.

Łowicz 1792

W gospodarstwie Piotra Szlawskiego, mieszczanina z Łowicza, znakiem do rozpoczęcia wigilijnej wieczerzy była pierwsza gwiazdka na niebie. Tego roku trudno ją było dostrzec, bo dzień był pochmurny, więc tym razem pan domu sam zdecydował, kiedy zasiąść za stołem. Przezornie poczekał jednak, aż wokół zapadnie zmrok.

Dom był wysprzątany, wróżby odprawione. Najwięcej emocji przyniosły jedynej córce Szlawskiego, wiotkiej Annie, która właśnie z podlotka zamieniła się w prawdziwą pannę. Po raz pierwszy z ziaren wytrząsanych z kłosa próbowała sobie wywróżyć czas zamążpójścia. Czego się dowiedziała, ojcu nie chciała powiedzieć, ale na jej twarzy płonął rumieniec.

Pod obrusem na stole leżało świeże siano. Wieczerza była skromna, chociaż potraw wiele. Zupa z siemienia konopnego, kilka rodzajów kaszy, kluski z grochem, kapusta, grzyby i słodkości z makiem. Było też nieco wódki i piwa, lecz spożywanego z umiarem. Gdy wszyscy zaspokoili głód i pragnienie, rodzina śpiewała kolędy oraz snuła świąteczne opowieści. Nie mogło wśród nich zabraknąć mrożącej krew w żyłach historii o pewnym gospodarzu, który chcąc sprawdzić, czy w świętą noc zwierzęta naprawdę mówią ludzkim głosem, postanowił ukryć się w żłobie. Bydlęta usłyszały go jednak, gdy głośno zasapał, i nikt go już więcej nie widział.

Godziny mijały, niejednego biesiadnika sen morzył, ale tuż przed północą wszyscy ruszyli do kościoła na pasterkę. Tam chóralnym śpiewom towarzyszył ogromny harmider, bo urwisy z chóru akompaniowały kolędnikom na piszczałkach.

Po powrocie do domu Szlawskiemu trudno było zasnąć po tylu emocjach, a był to przecież dopiero wstęp do kolejnych dwóch dni zabaw, kiedy to sąsiedzi odwiedzali się nawzajem, zawsze pamiętając o obfitym poczęstunku. W czasie nabożeństwa na świętego Szczepana (26 grudnia) obsypywano się w kościele owsem, co miało gwarantować urodzaj w nadchodzącym roku. Obchodzono wówczas także trzeci dzień świąt Bożego Narodzenia (27 grudnia, świętego Jana Ewangelisty), w którym święcono wino. Tak odmieniony trunek był uważany za doskonałe lekarstwo na gardło i zęby.

Nikt nawet nie przypuszczał, że to ostatnie Boże Narodzenie w wolnej Rzeczpospolitej. Dwa miesiące później, 1 marca roku 1793, do miasta wkroczyły oddziały Prusaków. Dla Łowicza rozpoczynał się okres 125 lat zaborów.

Warszawa 1899

Tłum i kozacy - były to dwie pierwsze rzeczy, które Jadwiga i Franciszek Brzezińscy ujrzeli tuż po skręceniu w Krakowskie Przedmieście. Dzień był zimny, bezśnieżny i ponury. Ulice stolicy spowijała mgła, a nad głowami gapiów kłębiły się szare zwały chmur wiszących nisko nad miastem. Obok kozackich patroli stali policjanci, skrupulatnie sprawdzający, czy ściągający ze wszystkich stron warszawiacy mają stosowne zaproszenia. U wylotu ulicy Trębackiej tłoczyła się wielka ludzka masa, w której przeważali studenci.

W oddali było widać wielki, wciąż zasłonięty pomnik. W chwili gdy zegary wybiły dziesiątą, na miejscu zjawił się arcybiskup Popiel, a po nim Henryk Sienkiewicz prowadzący córkę Adama Mickiewicza panią Marię Górecką. Tłum ucichł i w tej niezwykłej ciszy dało się słyszeć dzwonek, który był sygnałem do opuszczenia płacht z monumentu. Ksiądz Siemiec z kościoła Karmelitów poświęcił spiżową sylwetkę w surducie, a z katedry dobiegł dźwięk dzwonów.

Nie przemawiano, bo nie było potrzeby. Tylko u stóp postumentu od razu zaczęła rosnąć góra kwiatów, wiązanek i wieńców. Tak właśnie rozpoczął się dzień wigilijny w okupowanej przez Rosjan Warszawie Roku Pańskiego 1899. Odsłonięcie pomnika Adama Mickiewicza uwieńczyło trwającą dziesięć miesięcy narodową kwestę.

Patriotyczna uroczystość nie mogła jednak zakłócić idących pełną parą przygotowań do wigilijnej kolacji. Sklepy przeżywały oblężenie, na wszystko byli dziś chętni, wszystko się sprzedawało: zabawki zwykłe i mechaniczne, perfumy, ubrania, ozdobne pugilaresiki, ramki na fotografie, książki, lunety, łyżwy, wachlarze, szkatułki. Równie dobrze szedł handel na placach i ulicach, gdzie gromady wyrostków osaczały przechodniów, oferując im nieco inny

asortyment: ozdoby choinkowe, ręcznie strugane drewniane zabawki, wiatraczki, pierniki i wstążki czy szklane paciorki. W domach stały już przystrojone choinki wigilijne, bez których nie wyobrażano sobie świąt Bożego Narodzenia, choć jeszcze pół wieku wcześniej nie brakowało i takich, co sarkali na ten niemiecki obyczaj. Przyjął się jednak, i podarki, które wręczano kiedyś bliskim w Warszawie na Nowy Rok, teraz trafiały właśnie pod choinkę.

W trakcie Wigilii najpierw łamano się opłatkiem z miodem, by potem przystąpić do wieczerzy. Na stół zaś trafiały, tak jak zawsze, ryby: lin w śmietanie, szczupak po żydowsku czy karp w szarym sosie. Nie brakowało zup na grzybach, barszczu, a w niektórych domach nawet zupy czekoladowej przygotowywanej tylko raz w roku. Jabłka, orzechy czy słodkości miały wieńczyć ucztę. W zależności od zasobności domowych portfeli mogły to być marcepany wiedeńskie, krymskie winogrona albo mandarynki w cukrze.

Część drobnych łakoci zawsze czekała na kolędników, zwykle chłopców z Powiśla, których szopki nie były może tak piękne jak krakowskie, ale przygotowane z nie mniejszym sercem i zapałem. Nazajutrz z pewnością niejedna ferajna zastuka do drzwi.

Zmierzchało. Państwo Brzezińscy wracali do domu po długim dniu ostatnich drobnych zakupów. Gasły już światła w witrynach sklepów, coraz rzadziej słychać było dzwonki konnych tramwajów. Warszawa zastygała w świątecznym oczekiwaniu. Na pomnik Mickiewicza zaczynały opadać pierwsze płatki śniegu.

Zaczynała się noc narodzenia, ale kraj czekał też na zmartwychwstanie.

1494

Mikołaj i Elżbietka o swój ukochany świąteczny przysmak, opłatek ze znakiem krzyża i napisem "Jezus ludzi Zbawiciel", nie musieli się już dopytywać. Leżał na stole. Właśnie po niego pan Bełza musiał jeszcze wyjść do krakowskich przekupek, potajemnie zaopatrujących się w opłatki u benedyktynów. Po skromnej postnej kolacji, na którą składała się zaledwie odrobina chleba z serem, rodzina Bełzów zaczęła szykować się na pasterkę

1582

Na wigilijnym stole było siedem dań rybnych: warzonych, pieczonych i w galarecie. Do tego placki na miodzie, cztery rodzaje grzybów i mnóstwo drobnych łakoci. W kącie jadalni stały ozdobione świecidełkami rózgi, które smarkateria miała dostać gwoli świątecznej zabawy. Obok rózeg czekały puste miski i koszyki. Nocą miały w tajemniczy sposób wypełnić się bożonarodzeniowymi podarkami dla dzieci oraz służby

1697

Leszcze, węgorze i sandacze miały na stole sąsiadować z karpiem oraz łososiem, który na Wigilię u Kiszków jechał aż z Królewca. Szczupaka podawano z szafranem, okonie z drobno siekanym jajkiem i oliwą. Na wygłodniałych gości czekały trzy zupy: barszcz z uszkami, grzybami i śledziem, migdałowa z rodzynkami i piwna polewka postna, w której pan domu zasmakował podczas dalekich podróży do Rosji. Czwartą zupą była kucja, niekiedy zwana kutią, ale ta przeznaczona była dla służby, dla której wigilijną wieczerzę przygotowywano osobno

1792

Dom był wysprzątany, wróżby odprawione. Najwięcej emocji przyniosły jedynej córce Szlawskiego, wiotkiej Annie, która z ziaren wytrząsanych z kłosa próbowała sobie wywróżyć czas zamążpójścia. Pod obrusem na stole leżało świeże siano. Wieczerza była skromna, chociaż potraw wiele. Zupa z siemienia konopnego, kilka rodzajów kaszy, kluski z grochem, kapusta, grzyby i słodkości z makiem. Było też nieco wódki i piwa, lecz spożywanego z umiarem. Gdy wszyscy zaspokoili głód i pragnienie, rodzina śpiewała kolędy oraz snuła świąteczne opowieści

1899

W domach stały już przystrojone choinki wigilijne, bez których nie wyobrażano sobie świąt Bożego Narodzenia, choć jeszcze pół wieku wcześniej nie brakowało i takich, co sarkali na ten niemiecki obyczaj. Przyjął się jednak, i podarki, które wręczano kiedyś bliskim w Warszawie na Nowy Rok, teraz trafiały właśnie pod choinkę. W trakcie Wigilii najpierw łamano się opłatkiem z miodem, by potem przystąpić do wieczerzy