Mira Suchodolska: W czasie pandemii psy się nudzą, niczym dzieci podczas deszczu?

Reklama

Jacek Gałuszka*: Nie, myślę, że są dużo bardziej szczęśliwe, niż kiedykolwiek wcześniej. Mają wyjątkową okazję do realizacji tych rzeczy, których nie robiły wcześniej – mam na myśli chociażby częstszy niż przed pandemią kontakt ze swoimi opiekunami, częstsze i dłuższe niż poprzednio spacery. Wychodząc ze swoją Frelką obserwuję to na co dzień: pojawili się ludzie i psy, których wcześniej nigdy nie widziałem, a przecież psiarze znają się dobrze. Może być tak, że ci „nowi ludzie” ze swoimi pupilami, wylegli, bo w pewnym momencie spacer z psem to była jedna z nielicznych możliwości „zaspokojenia swoich istotnych potrzeb życiowych”, oprócz np. wizyty w sklepie. Moi znajomi mieszkający we Włoszech opowiadali mi, że tam z wypożyczania psów w pewnym momencie zrobił się biznes – osoby nie posiadające czworonogów płaciły 10 euro za możliwość wyprowadzenia czyjegoś pupila. Psy były zmordowane, bo uskuteczniały po kilka spacerów dziennie, ale za to szczęśliwe, bo tylko pies zmęczony jest spełniony. Tak czy inaczej, opiekunowie bardziej zaczęli się zajmować swoimi pieskami, co przełożyło się na więcej wspólnie spędzonego czasu, więcej rzuconych piłek, większej bliskości.

To dobrze, ja czerpię wielką radość z tego, że mogę więcej czasu spędzać ze swoimi sukami, one też wydają się bardzo zadowolone. Ale w tonie pana głosu wyczuwam, że jest w tym wszystkim jakieś „ale”.

Moim wielkim zmartwieniem jest myśl o tym, co się stanie, kiedy gospodarka zostanie odmrożona (z tego akurat będę się cieszył), my wyjdziemy z izolacji, pójdziemy do pracy, ale nasze psy w tej izolacji pozostaną. I będą prowadzić takie samo życie, jak wcześniej, choć już się przyzwyczaiły do dobroci przebywania non stop ze swoimi ludźmi. Jak one sobie z tym wszystkim poradzą, z tymi emocjami, stresem separacyjnym? Psu, podobnie jak 2-3-letniemu dziecku, nie da się wytłumaczyć, że mamusia czy tatuś wychodzą, ale wrócą. Zwierzak będzie cierpiał.

Czy możemy przygotować naszych podopiecznych na to, co – jak mamy nadzieję – niedługo się stanie?

Nie tylko możemy, ale powinniśmy. Jednak obawiam się, że może w tym przygotowywaniu się do normalności być problem po stronie nie psów, ale ich opiekunów. Bo prawda jest taka, że trzymamy psy, używamy ich, żeby było nam lepiej. A w ostatnich tygodniach wytwarzała się między nami wręcz nadmierna więź: szczęśliwe z bliskości sierściuchy nie odstępowały nas ani na moment, często przekształcając się w stalkerów na czterech łapach, którzy towarzyszą nam na każdym kroku, nawet w łazience. Natomiast my z wdzięcznością przyjmowaliśmy tę ich stałą obecność, będącą dla nas wsparciem. Jednak wiedząc, że za chwilę ten nasz tryb życia ulegnie zmianie, powinniśmy popracować – dla dobra naszych psów – nad tym, żeby ta zmiana nie była dla nich nieszczęściem. Można to osiągnąć za pomocą kilku prostych ćwiczeń separacyjnych oraz ćwiczeń posłuszeństwa. Co możemy zrobić? Na przykład odseparować na jakiś czas naszych podopiecznych od siebie, polecić im, aby zostali na miejscu, na swoim legowisku. Wprowadzić pewien reżim czasowy, godziny kiedy jesteśmy dla nich, bawimy się, spacerujemy, ale także wydzielić czas, kiedy muszą zająć się sobą same. Nie dawać swojej uwagi psom „za darmo”, zanim zasłużą na zabawę, niech coś zrobią dla nas – to okazja do tego, aby przypomnieć im kilka komend, których wypełnienie zostanie nagrodzone zabawą czy mizianiem. Ale najważniejsze jest to rozgraniczenie czasu: część na wspólne przebywanie, a część tylko dla nas. Można wówczas wydać psu komendę zostań (na swoim legowisku), dając mu jednocześnie coś do gryzienia, np. specjalną zabawę taką, jak KONG®. Pies się nim zajmie z przyjemnością. Zrozumie: nie ma człowieka, ale jest fajna rzecz do pogryzienia, a człowiek potem wróci. Jeśli taki rytuał się utrwali, to nawet jak potem wyjdziemy z domu na dłużej, w piesku nie będzie budziło to negatywnych emocji. Pociumka sobie, poczeka. To proste.

A dlaczego człowiekowi ma być trudniej przejść takie szkolenie?

Bo to psy, nie tylko dziś, choć może w tych trudnych czasach jeszcze bardziej, są dla nas wielkim wsparciem. Istotami, które kochają nas bezwarunkowo, reagują na każdy nasz nastrój, są takimi psychicznymi kulami, na których się wspieramy, na których możemy bardziej polegać niż na ludziach. To trochę tak, jak w dowcipie: jak sprawdzić, kto kocha cię bardziej – żona czy pies. Odpowiedź brzmi: spróbuj zamknąć oboje w bagażniku samochodowym, a potem wypuść po kilku godzinach. Ten, kto się bardziej ucieszy, bardziej kocha. No właśnie, pies zawsze się będzie cieszył, kiedy nas zobaczy, niezależnie od tego, co zrobiliśmy wcześniej. Daje nam miłość i adorację, których tak bardzo potrzebujemy. Dlatego ów trening izolacyjny będzie dla nas tak trudny, niemniej jednak powinniśmy go przeprowadzić ze względu na dobro naszego psa. Musimy się liczyć z jego emocjami. Tymi tu i teraz, ale także z tymi, które możemy przewidzieć.

Jeśli o emocjach mowa – teraz, w tych trudnych czasach, kiedy mamy kłopoty z pracą, z biznesem, boimy się o zdrowie swoje i najbliższych, często jesteśmy smutni, poirytowani, nie potrafimy sobie poradzić z samymi sobą. To się odbija na kondycji psychicznej naszych pupili, one to czują?

Jak najbardziej, nasze stany emocjonalne się im udzielają. Psy mają bardzo wyczulone zmysły, i nie jest to tylko węch. Obserwują bacznie otoczenie, analizują, w jaki sposób wszystkie w nim zmiany mogą wpłynąć na ich życiem, wyciągają wnioski. Oczywiście to są psie wnioski, ale każda zmiana rytuałów, czyli utrwalonego cyklu życia, każda nasza zmiana nastroju, irytacja, lęk, się na nich odbija. To mogą być takie reaktywne zachowania na bodziec, na przykład w postaci braku tolerancji na inne psy, zaburzeń łaknienia, tego, że są osowiałe, albo nie potrafią znaleźć sobie miejsca. One nie potrafią sobie wyjaśnić tego, co się dzieje, ale wiedzą, że coś jest nie tak. Ja to nazywam efektem smyczy. Ta linka, która nas łączy na spacerach z naszym psem, jest niczym telegraf, albo przewód, który przenosi nasze emocje na naszego podopiecznego. Taki przykład: spacerujemy i z daleka widzimy innego psa, który także wyszedł ze swoim panem na przechadzkę. Jeśli się zdenerwujemy, uznamy, że na pewno nasz pies rzuci się na tego drugiego psa, podświadomie zareagujemy: ściągniemy smycz, zatrzymamy oddech. Dla naszego pupila będzie to tak, jakby na kokpicie rakiety kosmicznej zapalił się czerwony napis ALARM. Ale w tej sytuacji jest obiekt, który go zaalarmował: drugi pies ze swoim panem. Natomiast kiedy się denerwujemy, irytujemy, bo tak, bo mamy stresa, także zapala się ALARM, ale brakuje obiektu, który go wywołał. Pies nie potrafi połączyć naszej irytacji z bodźcem, jaki ją wywołał. Zareaguje, ale nie wie, co się dzieje. To fatalnie wpływa na jego samopoczucie.

Każdy pies reaguje tak samo?

Każde zaburzenie emocji ma wpływ na dobrostan zwierzęcia, ale jak wielki, zależy od jego osobniczych właściwości. Są psy bardzo empatyczne, dla których każdy grymas na twarzy jego opiekuna ma znaczenie. Ale są i takie, które mają, jak to się dziś mówi, „wywalone” i nie przeżywają tak strasznie.

Ja to widzę po swoich sukach. Amba, labradorka, jest uważna, bardzo wsłuchuje się we mnie, ale nie jest przejmowalska. Natomiast Sasza, dożyca, jest niesamowicie reaktywna, w stan paniki potrafi ją wpędzić każde głośniej wymówione słowo. Ja przyjęłam więc zasadę, że przy psach, tak samo jak przy dzieciach, nie wolno się kłócić.

Reklama

Oczywiście, że nie wolno się kłócić przy psach. Mało tego, powinniśmy zwracać uwagę na nasze zachowania, gdyż te bardziej wrażliwe czworonogi mogą błędnie odbierać nasze nawet przyjacielskie gesty, jako coś zagrażającego. Na przykład przytulanie się ludzi do siebie może być interpretowane jako walka. Bo przytulając się, nakładamy nasze łapy na ciało drugiego człowieka. A w świecie psów nakładanie łap na drugiego osobnika, przyciskanie go, jest niczym innym, jak próbą okazania przewagi, walką. Psy to nie małpy, które się obejmują dla przyjemności. Dlatego kiedy nasz czworonóg widzi takie przytulasy, może zechcieć zainterweniować, wejść pomiędzy tulaczy, starać się ich rozdzielić, wysyłając sygnały uspokajające – hej, ludzie, nie zabijcie się. Przez człowieków takie zachowanie jest często interpretowane jako zazdrość, ale nie ma z nią nic wspólnego. Pies działa instynktownie: nakładają łapy na siebie, a więc walczą. Nie chcę tego. Opanujcie się!

Wiem też z opowiadań znajomych, że niektóre psy bardzo źle reagują, kiedy ich państwo uprawiają seks. Tutaj tych obłapień jest więcej, są bardziej gwałtowne.

Też znam takie przypadki i zaryzykowałbym, że tu może się włączyć “zazdrość” o człowieka, z którym pies jest bardziej związany. I bywa też i tak, że czworonóg atakuje tego partnera, którego uzna za zagrożenie dla swojego przewodnika. Czasami się śmieję, że psy bywają skutecznym środkiem antykoncepcyjnym. Konsultowałem taką sytuację, kiedy facet, jeśli z jakiegoś powodu musiał wyjść z łóżka, np. do toalety, to już nie miał szans, aby do niego wrócić, gdyż pies tam wskakiwał i go nie wpuszczał, strasznie bronił swojej pani. Mężczyzna kładł się więc na kanapie w salonie. Żeby było zabawniej był to maleńki, ważący parę kilogramów Shih tzu.

Także znam podobną historię, tu chodziło o małego terierka, który uniemożliwiał właścicielom przeżywanie miłosnych uniesień w domu, musieli wynajmować pokój w hotelu. Teraz hotele są zamknięte. Czy udało się panu rozwiązać problem właścicieli tego „lwiego” pieska?

Udało się, wystarczyło, że malec poznał nowe zasady, które mu wyznaczyliśmy. Psiak dostał klatkę, w której nauczył się spać. Klatka została postawiona w sypialni, a więc miał swoich ludzi blisko siebie, ale nie mógł już wskakiwać na łóżko. Błyskawicznie zaakceptował te nowe normy. W swoim nowym posłaniu czuł się bezpiecznie. Bo prawda jest taka, że wiele problemów na linii człowiek-pies polega na niewłaściwych relacjach. I na wzajemnym niezrozumieniu, głównie ze strony człowieka. Często jest tak, że mamy jakiś problem – tak jak ten z bronieniem właścicielki przed jej partnerem. Albo martwimy się, bo pies gryzie. Aby rozwiązać go, pozbyć się kłopotu, niekoniecznie powinniśmy się skupiać na tym konkretnym problemie, ale na przyczynach, które go powodują. Dlaczego pies gryzie, zły pies, nie rób tego… Lepiej zastanowić się, co sprawiło, że jest sfrustrowany, czego się boi, dlaczego tak reaguje i starać się wyeliminować te stresogenne czynniki. Zastanówmy się, co go denerwuje, poćwiczmy z nim chociażby komendę „spokój”, nagradzając za brak ekscytacji swoją uwagą, a karząc obojętnością za „nakręcanie się”. Przede wszystkim jednak pracujmy nad dobrostanem swojego pupila. To jest taka metoda naczyń połączonych – spokojny, czujący się bezpiecznie pies nie będzie sprawiał kłopotów.

Przewidywany lęk separacyjny, wybujałe emocje, nadmierna więź. Czy znajduje pan jeszcze inne problemy, które mogą się pojawić w stosunkach z naszymi psami podczas pandemii?

Powinniśmy zadbać o to, żeby w czasach, kiedy my, ludzie, się izolujemy, kiedy zachowujemy „społeczny dystans”, nasi podopieczni zachowali swoje kontakty. Żeby nadal mogli się spotykać z innymi psami i innymi ludźmi. To jest bardzo ważne, żeby stworzenia, nad których socjalizacją tak bardzo pracowaliśmy, nagle się nie zdesocjalizowały. To działa tak: na ulicach, w lasach, w miejscach, gdzie spacerujemy ze swoimi podopiecznymi, jest obecnie dużo mniej i psów, i ludzi. Mniej bodźców. Więc nasze zwierzaki są dużo bardziej czujne, takie „elektryczne”, jeśli zobaczą kogoś znajomego z dużej nawet odległości, będą się potwornie ekscytowały, chciały podbiec, obwąchać. Pozwólmy im na to, nie uciekajmy w krzaki. My, ludzie, możemy rozmawiać przez telefon, przez messendżera, one nie mają takiej możliwości. Potrzebują kontaktu, inaczej zdziczeją. Trzymajmy dystans, nośmy maseczki, ale dajmy naszym psom, które się znają i lubią, obwąchiwać się nawzajem. Pozwólmy im witać innych ludzi. One nie przenoszą koronawirusa.

Jak pan wie, wszystkim nam nieco odkopciło. Co będzie dalej?

Tego nikt nie wie, musimy się uczyć nowej rzeczywistości, my, nasze psy, ale pocieszające jest to, że mamy dużą zdolność adaptacyjną, więc jakoś się przystosujemy. Na pocieszenie dla wszystkich taka chińska przypowiastka: Był sobie raz cesarz, który był bardzo nerwowy i okrutny, za każde najmniejsze przewinienie wszystkich skracał o głowę. Dworzanie i lud bali się go potwornie, drżeli, kiedy wstawał, nie przestawali się trząść, kiedy kładł się spać. Ale pewnego dnia do tego okrutnika przyszedł medyk i podał mu zapisaną chińskimi znakami karteczkę. Kiedy cesarz przeczytał, co było na niej napisane, przeszedł cudowną przemianę. Stał się dobrym, łagodnym, mądrym i spolegliwym władcą. A karteczkę od medyka trzymał w swojej komnacie na honorowym miejscu. Wszyscy zastanawiali się, jaka to magiczna maksyma została na niej zapisana. Ale nadszedł moment, kiedy władca opuścił swoje komnaty, a jego słudzy mogli przeczytać receptę, jaką dał cesarzowi lekarz. I nie mogli uwierzyć, jak proste to były słowa. „To też kiedyś minie”. Panta rhei – mawiał także Heraklit. Wierzę, że damy radę, my i nasze psy. Do zobaczenia na spacerze.

*Jacek Gałuszka - Instruktor szkolenia psów, behawiorysta, założyciel Szkoły Przyjaciół Psów Wesoła Łapka, wykładowca i autor książek o wychowaniu psów, członek Międzynarodowego Stowarzyszenia Psich Profesjonalistów Kynologicznych IACP w randze „Professional Member”.