Eksperyment z pracami domowymi trwa już prawie dwa lata

Od 1 kwietnia 2024 roku w polskiej szkole trwa eksperyment na żywym organizmie. Jego hasłem jest „ulga”, a mechanizmem – demontaż wymagań. W klasach I–III zakazano prac pisemnych, a w starszych klasach zniesiono obowiązek i oceny za pracę w domu.

Resort edukacji zachowuje się jak lekarz, który przepisuje pacjentowi terapię słowami: „Warto to brać, ale jak pan nie weźmie, to nikt nie sprawdzi, a wyników badań nie będziemy robić”. To błąd w sztuce. To dieta bez wagi. Ale najgorsze skutki tego błędu nie dotkną dzieci polityków. Dotkną dzieci ich wyborców.

Reklama

Złamana drabina awansu

Polska szkoła publiczna, mimo wszystkich swoich wad, pełniła przez dekady fundamentalną funkcję: była wielkim wyrównywaczem szans. Dla dziecka z niezamożnej rodziny, z popegeerowskiej wsi czy małego miasteczka, istnieją w Polsce tylko dwie realne drogi wyrwania się do lepszego świata, do wyższego statusu materialnego i społecznego:
1. Sport wyczynowy (który wymaga katorżniczej pracy, a nie „luzu”).
2. Wybitna edukacja – czyli olimpiady, świetne wyniki, prestiżowe studia.

Dla tych dzieci szkoła to nie przechowalnia. To trampolina. Jedyna, jaką mają. Aby z niej skorzystać, muszą pracować ciężej niż inni. Muszą powtarzać materiał, utrwalać wiedzę, rozwiązywać zadania. Kiedy MEN mówi „nie trzeba, nie ma oceny, nie ma obowiązku”, to w praktyce podcina szczeble w tej drabinie. Sugeruje, że przeciętność wystarczy. Otóż nie – dziecku bez kapitału na starcie przeciętność nie wystarczy. Jemu potrzebny jest system, który wymusza regularność i nagradza wysiłek, a nie taki, który głaszcze po głowie za bierność.



Elity sobie poradzą, biedni zostaną z niczym

Reklama

Bądźmy brutalnie szczerzy – elity polityczne, biznesowe i medialne z Warszawy nie muszą się martwić o poziom szkoły rejonowej. Ich dzieci i wnuki sobie poradzą. Bogaci „obejdą” ten system. Jeśli szkoła publiczna przestanie wymagać, poślą dzieci do szkół prywatnych, gdzie płaci się za wysoki poziom wymagań. Opłacą armię korepetytorów, którzy dopilnują prac domowych niezależnie od rozporządzeń ministerstwa. Zapewnią swoim dzieciom start, o jakim inni mogą tylko marzyć.

Ofiarami „szkoły bez zadań” będą dzieci rodziców, których na to nie stać. To one zostaną z urzędowym hasłem „można, a wręcz powinno się”, ale bez narzędzi, by to zrealizować. To one uwierzą, że wiedza wchodzi do głowy sama. I to one zderzą się potem ze ścianą na rynku pracy, przegrywając rywalizację z rówieśnikami z prywatnych szkół.

To nie jest lewicowa wrażliwość. To hodowanie nowych podziałów klasowych pod płaszczykiem „dobrostanu”.



Fundamenty, których nie da się „zrobić” na lekcji

Dramat dopełnia się w klasach I–III. Zakaz prac domowych (poza małą motoryką) to uderzenie w fundamenty: czytanie i liczenie. Procesy te wymagają automatyzacji. Automatyzacja wymaga powtórzeń. Tabliczki mnożenia nie da się wbić do głowy bez treningu pamięciowego. Płynnego czytania nie da się nauczyć w 25-osobowej klasie, czytając jedno zdanie na głos raz na tydzień.

Państwo, które zdejmuje ten obowiązek z domu, składa obietnicę bez pokrycia. Oszukuje rodziców, sugerując, że szkoła „załatwi” wszystko sama między 8:00 a 12:00. Nie załatwi. I znów – stracą ci, których rodzice nie dopilnują sami, bo uwierzyli ministrowi.

Czas na męską decyzję, Panie Premierze

To nie jest czas na PR-owe korekty. To czas na przyznanie się do błędu. Panie Premierze, jeśli rząd ma traktować edukację poważnie, a obietnice o „wyrównywaniu szans” nie mają być ponurym żartem, to:
1. Trzeba naprawić przepisy, przywracając pracom domowym sensowny, weryfikowalny status (krótko, celowo, z oceną).
2. Trzeba wymienić osoby w kierownictwie MEN, które mylą nowoczesność z brakiem wymagań.

Nie wolno zabierać dzieciom przyszłości w imię ideologii „nie trzeba”. Proszę nie podcinać skrzydeł tym, którzy mimo gorszego startu, chcą być lepsi. Praca domowa dla ambitnego dziecka z małej miejscowości to nie „udręka”. To bilet do lepszego życia. Nie zabierajcie im go.

Grzegorz Prigan, adwokat i menedżer