Co więcej, Prawo i Sprawiedliwość, by rządzić, musiało wtedy zawrzeć trudną koalicję. Wygrana Lecha Kaczyńskiego była ostateczna i dawała gwarancję pełnej pięcioletniej kadencji.

Reklama

Prezydencka porażka Tuska ciąży nad polityką polską czwarty rok. Jej bezpośrednim skutkiem jest stworzenie pierwszego w historii Polski rządu-trampoliny. Po raz pierwszy funkcja premiera nie jest celem samym w sobie, spełnieniem politycznych aspiracji, ale środkiem do osiągnięcia innego celu. Co więcej, z punktu widzenia posiadania realnej władzy jest to cel znacznie skromniejszy. Prezydentura nie daje bowiem takich możliwości kształtowania polityki państwa jak urząd premiera.

W strategii, jaką obrał Donald Tusk, nie chodzi zatem o władzę, ale o prestiż. Nie o wpływ na realia funkcjonowania państwa, ale o przewagi symboliczne. Oczywiście każdy ma prawo wybierać sobie własną hierarchię celów, lecz wybór Tuska określił treść i styl polityki polskiej w stopniu większym, niż sam autor tej decyzji mógł przewidzieć.

Rząd bez aspiracji

Najpoważniejszym tego skutkiem w perspektywie długofalowej jest zaniechanie istotnych działań modernizujących państwo i dostosowujących jego administrację i finanse do realiów gry toczonej w ramach Unii Europejskiej. Tusk ukształtował gabinet, którego zadaniem było przetrwać ponad 1000 dni, jakie dzieliło datę objęcia funkcji premiera od wyborów prezydenckich.

Zasadnicza konstrukcja rządu została oparta na trzech przesłankach: niewchodzenia w konflikty z istotnymi grupami społecznymi, zablokowania konkurencyjnych wobec Tuska karier politycznych, minimalizowania ryzyka utraty poparcia. Co więcej, po raz pierwszy rdzeniem polityki rządu stały się wskazania ze sfery marketingu politycznego, a nie jakiejkolwiek agendy transformacyjnej. Nawet mniejszościowe gabinety Bieleckiego, Olszewskiego, Suchockiej, Belki czy Marcinkiewicza próbowały uczynić więcej niż obecny, oparty na solidnej większość rząd.

Ponad rok temu - wiosną 2008 - można było uznać, że zapowiedzią uzupełnienia agendy jest pakiet programowy przygotowany przez ministra Michała Boniego. Dziś widać jednak, że wpływ tych dokumentów na strategię rządzenia jest znikomy, a możliwy pozytywny efekt został zredukowany do wymiaru propagandowo-medialnego. Szkoda, bo krótko po powołaniu rządu można było mieć nadzieję, że w cieniu PR może urosnąć jakiś ciekawy pakiet realnych posunięć strategicznych.

Mechanizm rządzenia - jeżeli tak można nazwać reguły wprowadzone przez koalicję PO - PSL - polega zatem na grze szumnymi zapowiedziami (wprowadzenie euro, reformy minister Kopacz, pakiet zmian konstytucyjnych) oraz konfliktami z opozycją i prezydentem. Polega na takich zachowaniach premiera, które czynią go raczej sędzią i komentatorem działań ministrów niż kapitanem odpowiedzialnym za wszystkie porażki własnej drużyny. Ten styl premiera sytuującego się ponad gabinetem pozwolił Tuskowi na wyjście z twarzą z pierwszej fazy afery hazardowej. Znaleźli się bowiem źli bojarzy, których odejście uratowało wizerunek dobrego cara.

czytaj dalej



Kryzys jako alibi

Ostateczny bilans tego rządu będzie skorygowany w stosunku do rozbudzonych jesienią 2007 roku oczekiwań. Właśnie z wizerunkowego punktu widzenia najbardziej wiarygodnym alibi dla rządowych zaniechań i zapowiedzi na wyrost może okazać się kryzys. Nikt poważny nie będzie rozliczał Tuska z "drugiej Irlandii", jeżeli na mapach wzrostu gospodarczego Polska pozostanie nadal "zieloną wyspą" dodatnich wskaźników zmian PKB. Co więcej czerwone morze spadków PKB studzi w istotny sposób oczekiwania płacowe budżetówki, łagodzi kryteria oceny ekonomicznego powodzenia.

Odłożonym skutkiem kryzysu mogą być jednak kłopoty finansów publicznych i całego sektora publicznego. Być może Tusk zdąży z realizacją swego celu numer jeden - czyli zwycięstwem w wyborach prezydenckich - przed dotkliwymi konsekwencjami w tej sferze. Być może ich pojawienie się nie będzie prowadzić do natychmiastowych konkluzji redukujących jego szanse w wyścigu o prezydencki fotel.

Zużywanie zasobów zaufania

Wysokiemu poziomowi poparcia dla Platformy towarzyszy spadek zaufania do rządu i Tuska jako premiera. Obie rządzące po roku 2005 partie przyjęły strategię zużywania zasobów społecznego zaufania w imię skutecznej rywalizacji z przeciwnikiem. Przytrafiło się to PiS walczącemu o przejęcie kontroli nad mediami publicznymi. Wówczas po raz pierwszy w Trzeciej Rzeczypospolitej zdarzyło się zerwać kadencję organu kolegialnego wybieranego przez różne organy państwa. Ta sama logika popchnęła Prawo i Sprawiedliwość do zawarcia medialnej koalicji z SLD.

Reklama

Jednak zupełnie bezprecedensowy jest styl prowadzenia polityki parlamentarnej przez obecną partię rządzącą. Wydaje się, że Platforma nie ma zamiaru respektować elementarnych nawet praw opozycji. Uniemożliwienie wskazania własnych kandydatów do newralgicznej z punktu widzenia budowy zaufania komisji ds. służb specjalnych, utrzymanie na fotelu jej przewodniczącego posła Konstantego Miodowicza - dowodzi nie tyle braku zrozumienia dla reguł parlamentarnego savoir-vivre’u, ile przede wszystkim lekceważenia funkcjonalnej roli parlamentu.

Kluczowe dla expose Tuska słowo "zaufanie" okazuje się współczesną wersją orwellowskiego ministerstwa prawdy. Tusk nie zbuduje nowych zasobów społecznego zaufania. On je zużyje w walce z przeciwnikiem, straci w popisach posła Karpiniuka, w stylu prowadzenia prac komisji hazardowej, w próbie zakwestionowania pozycji prezydenta. Powtórzy wszystkie błędy popełnione przez PiS wobec Trybunału Konstytucyjnego i Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Być może wygra prezydenturę, ale za tę jego chęć zapłacą wszyscy - od Schetyny po zwykłego obywatela.

czytaj dalej



Nowa lewica, nowa prawica

Czas zmarnowany przez rząd w roku 2009 nie oznacza jednak, że stagnacja polityczna jest totalna. W tle jałowego sporu Platformy z PiS zachodzą bowiem zmiany, które mogą - w sprzyjających okolicznościach - zaowocować ciekawą korektą na scenie politycznej. Korektą, która przywróci inny niż w epoce postkomunistycznej sens pojęć "lewica" i "prawica". W pierwszej dekadzie Trzeciej Rzeczpospolitej kluczem rozróżnień był - co naturalne - podział o charakterze historycznym (stosunek do PRL i roli postkomunistów w kształtowaniu nowego państwa) i światopoglądowym (stosunek do Kościoła i przemian obyczajowych). Oba istotne podziały wyczerpały, jak się zdaje, swoją pierwotną energię. I choć zapewne nadal będą funkcjonować, to nie będą już tak silnie ograniczać innych tendencji.

Rywalizacja PO z PiS zarysowała już bogatszy wachlarz wyborów odnoszących się do opiekuńczości państwa (Polska liberalna v. Polska solidarna), polityki karnej (łagodna v. surowa) czy napięcia między zaufaniem a nieufnością w stosunkach międzynarodowych i polityce bezpieczeństwa. Jeżeli przyjmiemy te funkcjonujące podziały za punkt wyjścia - to z pewnością zauważymy pole wyboru nowej lewicy i nowej prawicy. Pole, które może na trwale skutkować istnieniem liberalnej lewicy, która co najwyżej zgodzi się mieć jakieś socjalne i katolickie skrzydła, programowo optymistycznej wobec Unii Europejskiej, wobec "postępu obyczajowego" i permisywnego społeczeństwa otwartego. Lewicy, która długo będzie się nazywać liberalnym centrum, a której symbolami mogliby być Janusz Palikot czy Aleksander Kwaśniewski.

Prawica zaś, jeżeli chce przetrwać jako siła zdolna do tworzenia rządu, musi stworzyć ofertę docierającą bliżej centrum, choć niekoniecznie liberalną. Ofertę, która nie będzie tylko zmianą powierzchownie rozumianego wizerunku, wyczarowaną przez spin doktorów korektą języka. O ile przyjęcie szyldu "Prawa i Sprawiedliwości" oznaczało nacisk na politykę karną, walkę z układem, obronę praw zwykłych obywateli, o tyle nowa formuła prawicy musi tę starą wyraźnie przekroczyć. Liderem takiej nowej prawicy mógłby być bardziej ktoś taki jak Władysław Stasiak czy Paweł Szałamacha niż Zbigniew Ziobro, raczej Ludwik Dorn niż Zbigniew Wassermann.

Rok 2010 zamknie nieszczęsną, pięcioletnią rywalizację o urząd prezydenta. Odsunie w niepamięć politykę rewanżu za porażkę 2005 roku. Stworzy też szansę artykulacji nowych propozycji politycznych, które mogą zachwiać pozycją Platformy Obywatelskiej i zmusić ją do wyraźniejszego określenia własnej tożsamości. Wydaje się, że trudno będzie oprzeć się pokusie bardziej obiecującego pod kątem wyborów parlamentarnych zwrotu na lewo. Ale to już proroctwa na rok 2011…

*Rafał Matyja, politolog, publicysta, kierownik Zakładu Studiów Politycznych Wyższej Szkoły Biznesu - National-Louis University w Nowym Sączu