: Europejska polityka od dawna nie była równie ciekawa. Od początku lat 90. gdy integracja zaczęła gwałtownie przyspieszać unijny projekt przypominał wielkie pasmo
eksperymentów: Maastricht, unia walutowa, rozszerzenie, eurokonstytucja, oraz traktat lizboński. Teraz wreszcie zobaczymy jak to razem działa.
Nie zgadzam się. Razem z zatwierdzeniem Lizbony do unijnej gry weszło kilka nowych mocnych kart. Jedną z nich jest pierwszy stały przewodniczący Rady Europejskiej (czyli tzw. prezydent Europy -
red.) Herman Van Rompuy. Nominacja nieznanego szerzej Belga wywołała w wielu europejskich krajach uczucie zawodu. Tymczasem już pierwsze decyzje Rompuya pokazują, że może on wprowadzić na
europejską szachownicę wiele ożywienia. Wszyscy oczekiwali na przykład, że były premier Belgii otoczy się bezbarwnymi brukselskimi eurourzędnikami i będzie skrupulatnym wykonawcą woli
unijnych liderów. Wygląda jednak na to, że Rompuy ma ciekawy pomysł na swój urząd. Oczywiście wie, że nie jest organem decyzyjnym, bo to pozostanie domeną europejskich przywódców. Wyczuł
jednak, że może wiele namieszać robiąc ze swojej prezydentury kreatywne centrum nowych pomysłów dla Europy. Zaczął od kompletowania ciekawej drużyny zapraszając do niej szereg
nietuzinkowych postaci m.in. holenderskiego filozofa, autora powieści science-fiction na temat UE, byłego brytyjskiego europosła Richarda Corbetta, który wyrobił sobie markę jednego z
najbardziej niezależnych umysłów w Brukseli, czy paru innych młodych zdolnych wilków, o których jeszcze usłyszymy. To próba wypełnienia roli, której nie potrafią dziś wziąć na siebie
unijni liderzy zajęci walka ze skutkami kryzysu w swoich krajach.
czytaj dalej
To możliwe. Dla Berlina, Paryża, Madrytu, czy Warszawy tematem numer jeden jest to, jak uchronić swoich obywateli przed skutkami kryzysu. Do tego dochodzi zmęczenie zachodnich społeczeństw
tempem procesu integracji. Unia nie jest dziś monolitem jeśli chodzi o środki jakimi należy zwalczać kryzys. Weźmy dwie tradycyjne unijne lokomotywy: Niemcy i Francję. Od dłuższego czasu
Berlina i Paryża nie łączy już żaden polityczny pomysł. I nie chodzi nawet o niezgodność charakterów ostrożnej Merkel i żywiołowego Sarkozy’ego. Rozbieżności sięgają dużo
głębiej. Niemcy od lat zmniejszają np. swoje wydatki publiczne, Francuzi odwrotnie. Berlin łamie wprawdzie unijny pakt stabilności (kryteria, w myśl których państwa UE muszą trzymać w
ryzach wskaźniki ekonomiczne: inflację, deficyt budżetowy i zadłużenie - red.), uważa jednak, że oszczędności w długim okresie są konieczne. Z kolei gospodarz Pałacu Elizejskiego
dowodził niedawno ustami jednego ze swoich doradców, że w czasie kryzysu trzeba inwestować, nawet kosztem fiskalnej dyscypliny. Konflikt wydaje się nieunikniony: najpierw, gdy przyjdzie
zdecydować co zrobić z kryteriami stabilności, które w czasie kryzysu są łamane przez większość krajów członkowskich. Niemcy będą chcieli je zaostrzyć i opatrzyć sankcjami, Paryż
niekoniecznie. Potem przy okazji dzielenia kolejnego budżetu UE. Ale klincz Berlina i Paryża to jeszcze nie jest najgorsza wiadomość. Elity obu krajów są przynajmniej w całości
proeuropejskie. Bardziej martwić może sytuacja na Wyspach Brytyjskich.
Z perspektywy Brukseli to dziś kluczowa niewiadoma. Czy zechcą wrócić do polityki radykalnego kontestowania tego, co dzieje się na kontynencie w stylu wypróbowanym przed laty z sukcesami przez
Margaret Thatcher, czy potem w złagodzonej formie przez Johna Majora? Europa w ciągu ostatniej dekady przyzwyczaiła się do proeuropejskiej Wielkiej Brytanii. Teraz trwają nerwowe spekulacje.
Nieprzypadkowo w nowej Komisji Jose Manuela Barroso kluczowe pozycje szefowej dyplomacji i dyrektora generalnego (postaci numer dwa w resorcie – red.) Komisji ds. rynku wewnętrznego
przypadły wyspiarzom. Pytanie, czy to wystarczy, by obłaskawić torysów.
Szef Komisji Jose Manuel Barroso jest dziś dużo silniejszym i skuteczniejszym politykiem niż cztery lata temu. Zaczynał jako proatlantycki protegowany Tony’ego Blaira, Jose Marii Aznara
(ówczesny premier Hiszpanii - red.) i Silvio Berlusconiego. Nie ufali mu za to Gerhard Schroeder i Jacques Chirac. Większość tych polityków zeszła już ze sceny, a Barroso pozostał. W
międzyczasie nabrał doświadczenia i się wyemancypował. Rozpoczynając drugą kadencję został przez kraje członkowskie nominowany już jednogłośnie. Trzon jego Komisji stanowią postacie
sprawdzone i lojalne w czasie pierwszej kadencji: Hiszpan Joaquin Almunia, Fin Oli Rehn, Luksemburka Vivianne Reding, czy Holenderka Nelli Kroes. Moim zdaniem Barroso i jego Komisja będzie mocnym i
niezależnym graczem.
Te obawy trzeba będzie sprawdzić w praktyce. Oczywiście to normalna rzecz, że premierzy dzwonią do swoich nominatów, którzy są najczęściej ich politycznymi przyjaciółmi. Te więzi i
wpływy są jednak realizowane w subtelny sposób. Nie ma w historii integracji jednoznacznych przykładów chodzenia przez komisarzy na pasku swoich stolic. Jest za to mnóstwo przykładów
odwrotnych. Tak było np. podczas gorącego sporu o dyrektywy usługową Bolkesteina. Francuscy członkowie ówczesnej Komisji Romano Prodiego Michel Barnier i Pascal Lamy reprezentowali w Brukseli
zupełnie inne zdanie niż chciała centrala w Paryżu.
*Antonio Missiroli, szef brukselskiego instytutu European Policy Center