W twierdzeniu o 100 pierwszych dniach nowego rządu, które decydują o całej reszcie kadencji, kryje się głęboka mądrość.

Reklama

Wtedy jeszcze nowo mianowani ministrowie są niesieni falą powyborczego entuzjazmu, jeszcze nie dali się otorbić ministerialnym wygom, jeszcze im się chce i wierzą, że niemal wszystko jest możliwe.

Dlatego nadzieję na zmiany dają szefowie rządów, którzy w swoich programach wyraźnie wybijają sprawy najważniejsze - to, co energicznie zaczną w ciągu pierwszych trzech miesięcy swojej władzy.

Kiedy zaczynał swoje rządy AWS, było jasne, co chce zrobić: plan czterech wielkich reform był klarownie zakreślony. Rząd PiS też miał bardzo wyraźne priorytety: walka z korupcją, likwidacja WSI, walka z korporacjami. Wszystko inne było mniej ważne.

Donald Tusk swoim exposé pobił, jak się okazuje, wszelkie rekordy długości. Jerzego Buzka przebił aż o 125 minut. Chciał powiedzieć o wszystkim. Niestety, jeśli mówi się o wszystkim, to istnieje niebezpieczeństwo, że nie zrobi się niczego.

Co jest priorytetem rządu Donalda Tuska? Zamiana szpitali w spółki prawa handlowego? A może wprowadzenie jednego okienka dla rejestracji firmy? Może wreszcie nowe zasady pracy stażystów w służbie zdrowia, naprawa stosunków z Niemcami albo wprowadzenie w życie programu "Boisko w każdej gminie”? Wybierać można do woli. Dla każdego było coś miłego, a wszystko wydawało się równie istotne.

Choć właściwie główny priorytet jest: to uwolnienie energii Polaków, o którym nowy premier wspominał w czasie przemówienia wiele razy. Donald Tusk przedstawił w Sejmie piękną apoteozę indywidualnej wolności, wspaniale mówił o jej sile sprawczej i zdolnościach Polaków, rozwodził się nad koniecznością ograniczenia państwa tak, aby nie krępowało swobody obywateli.

Słusznie wskazywał, że jego poprzednicy wyznawali całkiem inną filozofię. Wygłosił poruszające przemówienie wyborcze. Ale czy można je traktować jako poważny program rządu?

Premier przedstawił następujący projekt: Polska ma być krajem, gdzie każdy będzie mógł wziąć sprawy w swoje ręce. Obywatele mają mieć jak największą swobodę działania, ale słabi nie będą pozostawieni sami sobie, ci zaś, którzy - jak lekarze czy nauczyciele - swoimi protestami pomogli Platformie w wyborczym zwycięstwie, dostali obietnice wyraźnej poprawy ich losu. Tak zwany liberalizm z ludzką twarzą.

Problem w tym, że zrealizowanie wizji Platformy wymagać będzie dziesiątków tysięcy różnych działań - od legislacji w parlamencie po zmianę sposobu funkcjonowania najniższych ogniw państwowej administracji. O tych szczegółach premier oczywiście mówić nie musi. Powinien był jednak pokazać konkretną wizję tej wielkiej zmiany.

Zamiast tego wizja kończyła się na poziomie ładnie brzmiących frazesów o mocy tkwiącej w ludziach, reszta ginęła w niepotrzebnych szczegółach. Często zresztą i w tych szczegółowych sprawach brakło wyjaśnienia „jak?”. Słyszeliśmy tylko "co”. Ma to taką wartość jak obiecywanie powszechnej szczęśliwości i dobrobytu.

Wiemy na przykład, że rząd zmieni prawo utrudniające życie przedsiębiorcom. Jakie prawo? Jak? Kiedy? Nie wiadomo. Ma zostać przyspieszone sądownictwo gospodarcze. W jaki sposób? Poprzez reorganizację, nowe etaty, zmiany w kodeksie postępowania cywilnego? Nie wiadomo.

Wiemy, że obywatele mają prawo do czystych dworców. Jak rząd zamierza je zapewnić, zwłaszcza że nie padło ani słowo o prywatyzacji PKP? Emigranci mają być zachęcani do powrotu do kraju. Jak? Czy te działania mają być finansowane z budżetu? Skąd pieniądze? Deficyt budżetowy musi zostać wyraźnie zmniejszony. Do jakiego poziomu? W jakim czasie? Nie wiadomo. I tak dalej.

Oddajmy premierowi sprawiedliwość: były fragmenty jego przemówienia, gdzie dostawaliśmy konkretną, weryfikowalną obietnicę. Wiemy, do kiedy ma być gotowa lista przedsiębiorstw, które nie zostaną sprywatyzowane. Wiemy, jaki jest plan dla służby zdrowia. Wiemy, że dalsze negocjacje w sprawie tarczy antyrakietowej są na razie odłożone w czasie. Wiemy, że co miesiąc w Sejmie członkowie rządu mają opowiadać o likwidowanych przywilejach władzy. Wiemy, kiedy armia ma być w pełni zawodowa.

Wreszcie - co najważniejsze - znamy dokładną datę wyprowadzenia naszych wojsk z Iraku. To wszystko da się sprawdzić i z tego rząd będzie można rozliczać. Tyle że wszystkie te sprawy nie składają się na ową wizję wyzwolenia energii narodu. Z tej mgławicowej wizji rozliczyć na podstawie exposé będzie bardzo trudno. A przecież to ta na nowo wyzwolona energia ma napełnić polski budżet na tyle, aby państwo mogło wspomóc najsłabszych, zarazem zmniejszając obciążenia obywateli.

Reklama

Gdyby zatem odciąć z Tuskowego exposé cały lukier i słowną watę, mielibyśmy dwa główne wątki. Jeden, złożony z najrozmaitszych, skonkretyzowanych planów, rozsianych po różnych dziedzinach rządzenia, nie dających jednak żadnego spójnego obrazu. Drugi to wątek filozofii władzy, owego "wyzwolenia energii". Wątek zasadniczy, bo to ma być fundament powodzenia projektu PO. Brakuje tu jednak niemal całkiem konkretów.

Załóżmy, że deklaracje nowego szefa rządu są szczere. Za moment ten projekt zderzy się z rzeczywistością urzędniczych machin, gry koalicyjnej, z protestami różnych grup interesów. Co z niego wtedy zostanie? Wierzyłbym, że jednak wiele, gdybym z ust Donalda Tuska usłyszał o kilku kompleksowych, najistotniejszych, konkretnych planach, forsujących tę atrakcyjną wizję.

Tego jednak nie usłyszałem. Więc, choć chciałbym się mylić, obawiam się, że exposé nowego premiera po paru miesiącach na dobre wyląduje tam, gdzie przemówienia jego poprzedników: we wstydliwym archiwum, do którego najchętniej sięgają przeciwnicy, żeby dopiec rządzącym.