Prawo i Sprawiedliwość przeżywa trudną fazę po utracie władzy. Niepotrzebne wewnętrzne konflikty sprawiają, że pojawili się rozmaici doradcy w mediach usiłujący z zewnątrz wpłynąć
na procesy w tej partii. Ja zaś przede wszystkim radziłbym, by PiS tych dobrych rad nie słuchało i spokojnie budowało swój program jako partia opozycyjna, przygotowując się do przejęcia
władzy za, najdalej, cztery lata.
Przegrane wybory to trudne doświadczenie dla każdego rządzącego ugrupowania. Potrzeba więc cierpliwości i wytrwałości w budowaniu strategii na przyszłość. Natomiast zdecydowanie należy
się wystrzegać nerwowych ruchów, sporów i nieprzemyślanych, radykalnych posunięć, o których na drugi dzień głośno w mediach. Nikogo nie trzeba przekonywać, że prowadzone na łamach gazet
czy w studiach telewizyjnych dyskusje nie służą partii, nie sprzyjają jej spoistości, nie wzmacniają jej siły przekonywania wyborców.
Po wyborach panuje atmosfera sprzyjająca PO. Wyobraźnią Polaków zawładnęły rozdmuchane - w moim przekonaniu zupełnie nierealistyczne - nadzieje związane z nowym rządem. PiS zaś przeżywa
odpływ energii. Jest jednak tylko kwestią czasu, żeby te nastroje się zmieniły. Trudno się przecież spodziewać, że w Polsce jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki znikną zasadnicze
trapiące nas problemy. Dość szybko wrócą one do świadomości Polaków, a wraz z nimi diagnozy (w dużej mierze trafne) postawione w poprzedniej kampanii. Ważne jest, kto wówczas, które
ugrupowanie, będzie w stanie przedstawić wyborcom przekonującą alternatywną drogę wobec liberalnego populizmu Donalda Tuska.
Ale samo czekanie to oczywiście żadne wyjście. Partia, która przez dwa lata dzierżyła władzę, musi także dokonać bilansu ostatnich dwóch lat, realistycznie ocenić swoje dokonania i
porażki. Bilans powinien służyć nie wewnętrznym walkom, lecz budowaniu realistycznego programu na przyszłość. Warto dokonać analizy - ekonomicznej, socjologicznej, politologicznej - tego, co
się stało w ciągu tego czasu, co realnie udało się zrobić, a co zrobione nie zostało, i zastanowić się na przyczynami. Analizy sine ira et studio, czyli bez gniewu i uprzedzenia. W
poszukiwaniu przyczyn na pewno nie można się ograniczyć do stwierdzeń, że media były wrogo nastawione i że elity kontestowały rządy PiS. Wszystko to prawda, ale dobrze jest założyć, że
są to warunki brzegowe - zapewne także przyszłej polityki. Mam nadzieję, że nikt w PiS nie szedł do władzy, spodziewając się łagodności ze strony "Gazety Wyborczej",
"Polityki" czy spontanicznie organizowanych wieców poparcia na uniwersytetach organizowanych przez profesorów, szczególnie dawnych członków PZPR.
Tak więc zewnętrzne okoliczności nie są wytłumaczeniem wystarczającym. Mądry bilans powinien dotyczyć działań podjętych w takich właśnie, a nie innych warunkach, i próby odpowiedzi na
pytanie: czy można było osiągnąć więcej? A jeśli tak, to dlaczego się nie udało? Okres sprawowania władzy był przecież dla PiS ogromnym doświadczeniem, które trzeba wyartykułować i
wykorzystać. Po latach pozostawania poza głównym nurtem polityki politycy tej partii poznali w praktyce mechanizmy rządzenia, obejrzeli od wewnątrz instytucje państwa. Pora dokonać
podsumowania, czego się nauczyli i jaki program mogą na podstawie tej wiedzy zbudować.
Bilans dokonań to jednak dopiero pierwszy krok. Następnym powinien być rzetelny protokół rozbieżności z obecnym rządem. Partia, która przez dwa lata rządziła krajem, nie może się w
krytyce następców ograniczać do kwestii personalnych - przeszłości ministra spraw wewnętrznych czy sprawiedliwości. Jeżeli Polacy mają uwierzyć, że istnieje alternatywa, muszą zobaczyć
prawdziwe merytoryczne różnice między propozycjami PO i PiS w każdej dziedzinie. Pól rozbieżności jest mnóstwo, trzeba je jednak rzetelnie rozeznać i nazwać. PiS doskonale powinno dziś
wiedzieć, jaki jest stan państwa w poszczególnych resortach i działach administracji, gdzie tkwią kluczowe problemy sądownictwa, policji, służby zdrowia, inwestycji. Od silnej opozycji można
więc oczekiwać merytorycznego, wręcz eksperckiego opracowania konkretnych zagadnień, zwłaszcza że rząd PO wraca do tych rozwiązań, od których PiS - słusznie - odstąpiło. Jeżeli bowiem
Tusk zapowiada, że autostrady powinni budować prywatni przedsiębiorcy, podczas gdy każdy kierowca w Polsce wie, że ten pomysł się nie sprawdził, to można oczekiwać od PiS, że jasno wykaże
nam, na czym polega błędność dotychczasowych strategii i co trzeba zrobić w przyszłości. Podobnie jest z wieloma innymi dziedzinami.
Ostatnio w publicznym radiu toczyła się interesująca debata ekonomistów prowadzona przez Ryszarda Bugaja, w której bardzo skutecznie obalono mit podatku liniowego jako leku na wszystkie
bolączki polskiej gospodarki. PiS powinno korzystać z takich specjalistów i na mocnych podstawach budować alternatywną politykę wobec tej proponowanej przez rządzących. I przedstawiać ją
nie tylko w formie doraźnych wypowiedzi, lecz w postaci rzetelnych opracowań, publikowanych na przykład w formie broszur. PiS już teraz powinno zdobywać społeczne poparcie dla pomysłów, jakie
będzie zgłaszało podczas kolejnej kampanii wyborczej. Korzystanie przy tym z rad ekspertów, budowanie zaplecza intelektualnego nie jest dla polityków żadną ujmą, chociaż, oczywiście, partia
polityczna nie powinna się zamieniać w klub intelektualistów czy organizację merytokratów.
Przede wszystkim PiS musi sobie jeszcze raz odpowiedzieć na pytanie, o co mu w zasadzie chodzi, o jaką Polskę chce się bić i z kim. Odpowiedź na to pytanie nie może się redukować tylko do
postulatów negatywnych: rozbicia układu czy rozliczenia przeszłości. Są one ważne, ale niewystarczające. Tym bardziej że przez minione dwa lata nie udało się przekonująco zweryfikować
wielu tez, nadmiernie chyba wyostrzonych. Polscy politycy powinni wreszcie wyjść z zaklętego kręgu rytualnych połajanek i sporów czysto personalnych, organizowanych w dużej mierze przez media
dla zabawienia widzów. Naprawdę potrzebujemy dziś dyskusji o problemach, a nie o tym, kto kogo obraził lub kto kogo odsunął. Tylko wtedy rzeczywiście uda się zmodernizować Polskę, jeśli
partie polityczne zaczną wykonywać ciężką pracę merytoryczną, nie ograniczając się do programów rozumianych jako katalogi pobożnych życzeń i do wąsko rozumianej walki o władzę.