Zaufanie stało się słowem kluczem expose Donalda Tuska. Premier deklarował większe zaufanie rządu do przedsiębiorców, samorządowców i organizacji pozarządowych. Zapowiadał budowanie zaufania przez przewidywalne decyzje gospodarcze, likwidację deficytu budżetowego, transparentny styk administracji z biznesem, walkę z korupcją. To, co w słowach jest łatwe, w czynach bywa znacznie trudniejsze.

Pierwszym testem dla realnej - a nie tylko werbalnej - polityki rządu są zawsze zmiany kadrowe. Reguły formalne pozwalają na naturalną wymianę sfery politycznej - ministrów, wiceministrów, gabinetów politycznych, wojewodów. Wymiana kadry zarządzającej ministerstwami postępuje spokojnie, by nie rzec - powolnie. Tymczasem w kilku szczególnie wrażliwych sferach mieliśmy do czynienia z nadzwyczajnym przyspieszeniem.

Wymieniono nie tylko prezesa Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, ale także odsunięto urzędników średniego szczebla - pochodzących notabene nie z partyjnej nominacji, lecz z konkursów. Wymieniono wojewodów - powołanych przez poprzednią ekipę także na podstawie konkursów. Wymieniono kierownictwo prokuratury i służb specjalnych (ABW i SKW). Rzecz nawet nie w tym, by się tym oburzać, ale by na podstawie tej mapy określić charakter nowej ekipy i jej preferencje.

Wydaje się, że wraca logika "odzyskiwania" poszczególnych instytucji nie tylko przez samą Platformę Obywatelską, ale także przez dawną elitę urzędniczą, która awansowała w latach rządów Leszka Millera.

Zamiast tworzenia przejrzystych procedur rekrutacyjnych i budowania zaufania wokół nowych nominacji mamy do czynienia z kontrowersyjnymi decyzjami personalnymi w Ministerstwie Obrony Narodowej, Ministerstwie Spraw Zagranicznych i Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji.

Co więcej, Platforma Obywatelska nie zadaje sobie nawet trudu, by w niektórych przynajmniej sferach zapowiedzieć konkursy - choćby powtarzając procedurę powoływania wojewodów zastosowaną przez Prawo i Sprawiedliwość. Nie przejmuje się także - jak w przypadku ZUS - możliwą krytyką mediów.

To prawda, że w przypadku najwyższych urzędników państwowych kluczowe znaczenie ma to, by szef rządu mógł darzyć ich zaufaniem. Ale samo zaufanie premiera, choć jest warunkiem koniecznym, nie wystarczy.

Publiczny charakter urzędów wymaga bowiem, by powoływani na nie ludzie mogli pozyskać także zaufanie (niekoniecznie tożsame z sympatią i poparciem) opinii publicznej. By przemawiała za nimi kompetencja, brak istotnych profesjonalnych uchybień, jasność kryteriów, na mocy których objęli swój urząd.

Ponadto niezwykle istotne jest to, by zmiany na stanowiskach niższych niż polityczne przebiegały w sposób, który nie podważa - jak stało się w przypadku prezesa ZUS - ich merytorycznej zasadności. Rzecz jasna - konkurs nie jest nieomylnym narzędziem polityki personalnej, nowy prezes ma prawo negatywnie oceniać pracę poszczególnych urzędników.

Ale gremialne zwolnienia nieprzypadkowo określa się zwykle mianem „czystek”. Warto ostrzec kierownictwo rządu, że powtarzanie tej praktyki w kolejnych instytucjach władzy nie będzie traktowane inaczej.

Pierwsze zmiany personalne przebiegają zatem w dwuznacznej atmosferze. Liderzy Prawa i Sprawiedliwości mają rację, kiedy mówią, że podobne praktyki z ich strony wywoływały lawinę krytyki. Platforma Obywatelska - jak widać - może liczyć na łagodniejsze traktowanie ze strony mediów.

Owa łagodność może się jednak okazać pułapką. Część członków rządu może potraktować ją jako zapowiedź bezkarności, przyzwolenie na daleko idącą wymianę personelu urzędniczego. Warto przypomnieć im, że żaden rząd nie może liczyć na przychylność mediów przez cały czas trwania swojej kadencji, że wcześniej czy później rozpoczną się bolesne dla władzy rozliczenia.

Poprzednie dwa gabinety nie miały co do tego najmniejszych złudzeń. Oddane do użytku mieszkania zaczęto liczyć dzień po expose Kazimierza Marcinkiewicza.

Podobnie jak kilometry autostrad, zwolnienia w ministerstwach i agendach rządowych, zmiany w mediach publicznych. Co więcej, zapowiedziano tyle kataklizmów, które powstaną pod rządami PiS, że normalne porażki rządu wydawały się w gruncie rzeczy nieistotne.

Prawo i Sprawiedliwość próbowało zatem – zwłaszcza w pierwszym okresie – prowadzić politykę pozyskiwania zaufania poprzez nominacje spoza własnego kręgu. W przypadku Zbigniewa Religi, Zyty Gilowskiej, Stefana Mellera czy Grażyny Gęsickiej udało się przy ich pomocy łagodzić konflikty i nieufność zewnętrznych partnerów. Platforma po takie gesty nie sięga. W gabinecie Donalda Tuska brakuje nominacji, które byłyby podobnym gestem.

Tymczasem budowanie zaufania jest - wbrew wrażeniu, jakie mogliśmy odnieść, słuchając expose nowego premiera - czynnością skomplikowaną, wymagającą rezygnacji z działania po linii najmniejszego oporu.

Przede wszystkim polega zaś na przejściu od ściśle personalnych gwarancji sterowności władzy wykonawczej do gwarancji instytucjonalnych. Jeżeli nowa władza nie wykaże się zdolnością zmiany metod kontroli, jeżeli pójdzie drogą rządzenia poprzez zapełnianie instytucji swoimi ludźmi - pogłębi tylko i tak dotkliwy brak zaufania.