Klejnocki: Skrócenie ferii zimowych nie pomoże szkole

Reklama

Jarosław Klejnocki, nauczyciel języka polskiego: Minister edukacji Katarzyna Hall zastanawia się nad zrewolucjonizowaniem kalendarza szkolnego – skróceniem letnich wakacji i zimowych ferii oraz wprowadzeniem nowych przerw w nauce jesienią i wiosną. Te jedynie techniczne - na pozór - zmiany proponowane przez MEN wiążą się jednak z rewolucją mentalną. Rodzice mają niewiele urlopu i zazwyczaj wykorzystują go podczas wakacji, by spędzić czas z dziećmi.

Czy jednak byliby skłonni wykorzystać część urlopu pod koniec października lub w listopadzie, gdy praca w rozmaitych instytucjach wre? Czy urlopy chętnie będą dawać ich szefowie? Poza tym -co robić późną jesienią? Jedynie niewielką część rodziców będzie stać na atrakcyjny wyjazd do ciepłych krajów w tym okresie, a pogoda w Polsce parszywa...

A skrócenie ferii zimowych do tygodnia? Nie bardzo da się zregenerować siły przez tydzień albo raptem kilka dni (gdyby ferie wielkanocne zostały skrócone). Psychologowie mówią nawet, że człowiek zaczyna prawdziwie odpoczywać dopiero w trzecim wolnym tygodniu.

To fakt, że praca w szkole w pierwszym semestrze roku to prawdziwy maraton. A jak się na dodatek zdarzy, że 1 i 11 listopada wypadają w weekend, to uczniowie i nauczyciele pierwszą przerwą w zajęciach mogą cieszyć się dopiero pod koniec grudnia (z okazji Bożego Narodzenia). To istny horror i prawdziwa mitręga dla całej społeczności szkolnej. Bo w szkole nie ma miejsca na ulgę. Prowadzenie lekcji wymaga aktywności nauczyciela i ucznia -i nie ma tu miejsca na markowanie roboty, jak to bywa w biurze, gdzie można sobie odpuścić, kiedy ma się gorszy dzień. Łatwiej jest w drugim semestrze, bo i przerw więcej (wielkanocna, długi weekend majowy oraz czas egzaminów: maturalnych i gimnazjalnych). Poza tym dzień jest dłuższy i pogoda lepsza niż podczas kapryśnej polskiej zimy.

Ale droga do właściwych przemian nie leży chyba jednak w rozmieszczaniu przerw w nauce po równo w różnych porach roku. Urzędnicze manipulowanie organizacją roku szkolnego jest co prawda dość łatwe -wystarczy bowiem seria decyzji administracyjnych -ale nie rozwiązuje podstawowego problemu polskiej szkoły, czyli nadmiernego obciążenia uczniów obowiązkami szkolnymi. Polski licealista ma zazwyczaj siedem do dziewięciu lekcji dziennie, a do tego dochodzą prace domowe.

Prawdziwego oddechu uczniom i nauczycielom nie da jednak nowa organizacja bardziej zróżnicowanych dni wolnych od pracy, tylko istotna reforma programu nauczania. Obowiązujące syllabusy należy konsekwentnie odchudzić i zracjonalizować, po to by dzieci nie siedziały w szkole do wieczora, zmagając się z wciąż przeładowanymi erudycyjnie programami nauczania. To idea reformy szkolnictwa z czasów ministra Handkego, którą należałoby ukonsekwentnić i doprowadzić do końca. Ale w MEN niestety zwycięża opcja organizacyjnych kombinacji zamiast głębokich programowych zmian. Ekipę minister Hall stanowią, jak widać, technokraci od zarządzania, którzy szukają łatwych i prostych dróg, by znaleźć rozwiązania umożliwiające -pozornie -przypodobanie się elektoratowi, który oczekuje zracjonalizowania polskiego systemu nauczania. Jednak efekty mogą przynieść potężne rozczarowanie.

p

Pawłowski: Każdemu w szkole przyda się trochę wytchnienia

Mariusz Pawłowski, nauczyciel języka polskiego: Bądźmy szczerzy -jesienią w szkole zarówno uczniowie, jak i nauczyciele trochę już nie wytrzymują. Nauka trwa przecież blisko cztery miesiące bez przerwy.

Dlatego cieszy mnie pomysł minister Katarzyny Hall, by przerwać ten ciąg w okolicach Wszystkich Świętych i wprowadzić krótkie ferie jesienne. Chętnie skorzystałbym też z dodatkowych dni wolnych w maju. Córka, gimnazjalistka, pewnie nie paliłaby się do wyjazdu z rodzicami, ale miałaby wreszcie czas wybrać się z przyjaciółmi do kina czy na koncert, kiedy już dni są długie i ciepłe. Za to ja znalazłbym chwilę na czystą frajdę intelektualną, choćby swobodne czytanie książek czy oglądanie filmów, na co w ciągu roku szkolnego rzadko starcza sił i czasu. Zupełnie też inaczej się pracuje, z większym entuzjazmem przychodzi do szkoły po choćby kilku dniach odpoczynku. Myślę, że uczniowie mają podobne odczucia. Majowa przerwa miałaby przypadać w porze matur i egzaminów gimnazjalnych, co dodatkowo pozwoli uniknąć tradycyjnego wówczas w szkołach zamętu.

Nie wiem tylko, czy te pomysły znajdą zwolenników wśród rodziców, zwłaszcza młodszych dzieci. Podczas ferii zawsze pojawia się przecież problem, co z nimi zrobić. Ale może dobrze wszystkim zrobiłaby pewna zmiana przyzwyczajeń: niekoniecznie tylko "Zima w mieście" w lutym i wyjazd na wieś w lipcu. Dodatkowe ferie w nietypowych porach -jesienią czy wiosną -mogą zmusić rodziców do tego, by aktywnie i ciekawie spróbowali spędzać czas z własnymi dziećmi. W końcu od tego są rodzicami. Nie ma przecież przymusu, żeby urlop w pracy brać tylko w lutym albo podczas wakacji. Dlaczego by nie pojechać jesienią na groby dziadków albo pradziadków i nie zrobić z tego prawdziwej, rodzinnej wyprawy? Nowy kalendarz szkolny otwiera właśnie tego typu możliwości.

p

Urban: Szkoła będzie działać lepiej

Klara Klinger (DZIENNIK): Po propozycjach zmiany kalendarza szkolnego podniosła się burza. Wiele osób uważa, że to absurdalny projekt.
Cezary Urban*: To wynika głównie z tego, że my Polacy jesteśmy jednak bardzo konserwatywni i niechętni wobec jakichkolwiek zmian. Ale tak naprawdę nie ma wielu racjonalnych przesłanek ku temu, by kalendarz był taki jak 10 czy 15 lat temu. Kalendarz szkolny jest bardzo sztywny, bo Polacy nie są sobie w stanie wyobrazić innego dnia rozpoczęcia roku szkolnego niż rocznica wybuchu drugiej wojny światowej.

A zmiana jest potrzebna, skoro dotychczasowy kalendarz zdawał do tej pory egzamin?
Uważam, że jest potrzebna. Szczególnie uciążliwy jest okres po wakacjach -wtedy się pracuje cztery miesiące bez przerwy. Od wielu lat jako dyrektor szkoły obserwuję uczniów i nauczycieli -i widzę, że ten okres jest dla nich bardzo męczący. Wracając z wakacji, mają perspektywę ciągłej pracy w brzydkiej, depresyjnej pogodzie aż do Bożego Narodzenia. I pod koniec, wiem to z własnego doświadczenia, ich praca jest już o wiele mniej efektywna niż na początku. Dlatego wprowadzenie ferii jesiennych, nawet tygodniowych, pomogłoby im odzyskać siły.

Krytycy projektu zarzucają, że i tak to będzie czas stracony, bo dzieci będą siedzieć głównie przed telewizorem. Jesienią w Polsce nie ma gdzie wyjechać -ani na narty, ani nad morze.
Wbrew pozorom takie rozłożenie wolnych dni daje dużo większe pole do manewru w planowaniu urlopów rodzicom. Nie są skazani tylko na letnie miesiące. A trudno jest wszystkim brać urlop w lipcu i sierpniu. Poza tym wyjazdy w tym okresie są dużo tańsze, więc jeżeli kogoś stać na taki wyjazd, może właśnie wtedy zorganizować wypoczynek z dzieckiem. Łatwiej też zaplanować wyjazd na tydzień, niż potem zorganizować w lecie dziecku czas na 2,5 miesiąca. Często wtedy rodzice są w kropce i nie mają jak zapewnić dzieciom opieki. I rzadko w której rodzinie jest możliwe, żeby choćby jeden z rodziców mógł być 2,5 miesiąca cały czas z dzieckiem. Kalendarz, który obowiązuje teraz, nie jest więc bardziej prorodzinny.

A tak długie wolne na wiosnę tuż przed letnimi wakacjami to dobry pomysł?
Maj to czas matur i wielu nauczycieli jest skupionych na egzaminach. Dzieje się to często kosztem zajęć lekcyjnych z pozostałymi uczniami. Pomysł z wiosennymi wakacjami wychodzi temu naprzeciw. Maj, czerwiec to zresztą już miesiące, kiedy zaczyna się robić bardzo gorąco i dzieci odpływają. Dużo gorzej im skupić się na nauce. W związku ze zmianami klimatycznymi, które powodują, że w tych miesiącach jest koło 30 stopni, warto by w ogóle się zastanowić, czy nie przesunąć początku wakacji na czerwiec. Skrócić je i wprowadzić początek roku w połowie sierpnia. Wtedy już jest dużo chłodniej. Zachód stosuje od lat takie rozwiązanie: w roku szkolnym jest więcej przerw, a wakacje letnie są krótsze. Tak jest np. w Niemczech i to zdaje egzamin.

*Cezary Urban, poseł PO, dyrektor elitarnego XIII LO w Szczecinie