Tak. Po ochłodzeniu w 2005 i 2006 r. sytuacja wraca do normy. Zresztą proszę zauważyć, że nawet kiedy nasze kontakty polityczne były zamrożone, obroty handlowe zwiększyły się o kilkadziesiąt procent. Gospodarka to jedno, a polityka - drugie. Chociaż mamy nadzieję, że w polityce też będzie lepiej - wznawia np. pracę komisja międzyrządowa.
Polska jest wpływowym członkiem Unii. Po tym, jak w listopadzie 2006 r. zablokowała negocjacje z Rosją w sprawie nowego porozumienia o współpracy, nie ma co do tego wątpliwości. Liczymy, że
teraz, gdy Polska wycofała weto, szybko dojdziemy do porozumienia. Ono odpowiada interesom zarówno UE, jak i Rosji.
To oczywiste, że do stołu siadają ludzie, którzy często mają diametralnie różne stanowiska. I tak się w końcu dogadują, jeśli tylko jest dobra wola. A dobra wola jest.
Podpisanie tego porozumienia jest w naszym interesie. Chcemy rozwijać współpracę, handel, dążyć do ruchu bezwizowego.
Co Europa ma na myśli, mówiąc o liberalizacji? Chce, byśmy otworzyli dostęp do swoich złóż. My jesteśmy na to gotowi tylko na zasadzie wzajemności. A przecież w UE nie ma takich złóż
surowców, więc gdzie tu wzajemność? Porozumienie jest jednak możliwe. W Europie są przecież sieci przesyłowe, do których my moglibyśmy dostać dostęp w zamian za udostępnienie swoich.
Jakaś forma kompromisu jest realna, bo przemawia za tym nasze wzajemne uzależnienie. Europa chce mieć zapewnione dostawy. My chcemy wieloletnich kontraktów, które pozwolą uruchomić nowe
złoża. Nie ma żadnej broni politycznej - to mit.
Rozumiemy postulaty ekologiczne i sprawdzimy wszystko dziesięć razy, by rurociąg po dnie Bałtyku nie stanowił zagrożenia dla środowiska. Czym innym są jednak zastrzeżenia o charakterze
politycznym. Jak mamy negocjować, skoro Polska nie przedstawia w tej sprawie konkretnego stanowiska, tylko mówi: nie i już, nie zgadzamy się? A nasi europejscy partnerzy są zainteresowani
stałymi dostawami i ta trasa pozwoli nam je zapewnić.
Nie, jeśli będziemy o tym rozmawiać. Chcemy, by Zachód dobrze zrozumiał nasze stanowisko. Gruzini popierają wejście do NATO, ale większość obywateli Ukrainy jest temu przeciwna. Dlaczego
demokratyczny Zachód popiera niedemokratyczną decyzję podjętą przez władzę w Kijowie? Dlaczego ciągniecie Ukrainę do NATO wbrew woli jej mieszkańców? Czemu Kijów nie przeprowadzi
referendum? Chcą? Naprzód! Nie chcą? Do widzenia!
Poza tym Rosja jest przeciwna rozszerzeniu NATO z pragmatycznych względów. Uważamy, że jego formuła się wyczerpała. Nie ma zagrożeń, które uzasadniałyby rozbudowywanie bloku
wojskowo-politycznego. Powtórzę za Władimirem Putinem, że nie liczą się zamierzenia, a potencjały. Dzisiaj nikt nie ma złych intencji, ale kto wie, co będzie jutro. Dlatego wojskowy blok pod
naszymi granicami absolutnie się nam nie podoba.
Polska popełnia błąd. Amerykanom nie chodzi o zagrożenie ze strony Iranu, to dla nas oczywiste. Bo dlaczego USA nie zgodziły się na naszą propozycję przyłączenia się do systemu i
wykorzystania do tego bazy w Azerbejdżanie, co byłoby o wiele bardziej logiczne z punktu widzenia ewentualnego irańskiego ataku? Jesteśmy poważnie zaniepokojeni: przeciwko komu ma być zbudowana
ta tarcza będąca elementem atomowych ofensywnych sił armii USA? Dlatego sprzeciwiamy się i powtarzamy, że to nie służy bezpieczeństwu na kontynencie, to nie służy otwartemu dialogowi z
Rosją.
To dla nas średnie pocieszenie. Dzisiaj nas wpuszczą, jutro zmienią zdanie. To nie jest żadna gwarancja, dlatego przypomnę to, co mówili nasi wojskowi. Jeśli te elementy powstaną, weźmiemy
je pod naszą obserwację.
Rosyjskie przysłowie mówi: pokładaj nadzieję w Bogu, ale sam sobie pomagaj. A co do wyborów w USA, to trzeba poczekać. John McCain zapowiada, że będzie jastrzębiem w stosunkach z Rosją. Co
do Baracka Obamy, trudno przewidzieć: kampania to jedno, a rzeczywistość to drugie. Pokładanie wiary w wyborczych obietnicach to naiwność. Ale niezależnie od personaliów, liczymy na zdrowy
rozsądek Waszyngtonu i wstrzymanie tego projektu.
Moim zdaniem nie. Ale naszą politykę zagraniczną kształtuje prezydent, a zawsze nawet w najtrudniejszych sytuacjach można znaleźć kompromisy, więc nie można wykluczyć, że i w tym przypadku
znalazłoby się jakieś wyjście. Jeśli tarcza powstanie, będziemy musieli zareagować ze względu na swoje bezpieczeństwo. Nie będzie to oznaczać nowej żelaznej kurtyny, ale powstanie rysa na
naszych relacjach. Warto się jeszcze zastanowić nad celowością przyjmowania amerykańskiej bazy.