Dziennik Gazeta Prawana logo

Polityk nie powinien być żołnierzem

10 października 2008, 01:10
Ten tekst przeczytasz w 8 minut
Brutalizacja życia politycznego wynika z ogromnego szumu informacyjnego. Aby zaistnieć w tym szumie, między proszkiem do prania a reklamą podpasek higienicznych, trzeba walczyć, by zostać zauważonym. Argumentacja merytoryczna musi ustąpić sformułowaniom emocjonalnym - mówi w wywiadzie dla DZIENNIKA senator RP Zbigniew Romaszewski.


Marnie, bo ja inaczej rozumiem politykę. I nie traktuję słowa "polityk" jako inwektywy, ale jako rodzaj zajęcia, które ma służyć budowie konsensusu społecznego, organizowaniu życia publicznego itp. Ale teraz polityka to coraz bardziej walka o władzę.


Była, ale zawsze istniał cel dodatkowy. W krajach o utrwalonej demokracji mimo wszystko walka o władzę nie przesłania generalnych założeń. Owszem są różne koncepcje ładu społecznego, o które trzeba się spierać, ale muszą też być pola współpracy.


To świeże uczucie. Nagle polityka zaczęła się toczyć w maglu.


To, że gigantyczne przebicie publiczne uzyskują sprawy nieistotne - bezsensowne spory i pieniactwo. To stało się symbolem polityki, a stąd stosunek społeczeństwa do niej.


Kilkadziesiąt spraw Ziobry, zagłuszanie komórek pielęgniarek z polecenia Jarosława Kaczyńskiego. No i zarzuty pewnego polityka, nie chcę wymieniać jego nazwiska, wobec prezydenta i jego rzekomego alkoholizmu.


Tak. To coś niebywałego, totalny magiel.


Tabu? Na razie tabu dotyczy rzeczy innych, dużo ważniejszych. Stocznie stały się ważne kilka dni temu, wcześniej problemu nie było. O ustawach medialnych dużo się mówi, ale jak one mają ostatecznie wyglądać, tego opinia publiczna nie wie. Debaty na temat ustaw zdrowotnych też nie ma.


Przeżywamy rewolucję komunikacyjną. Podstawowym sposobem porozumiewania polityka ze społeczeństwem są oczywiście media. Innych możliwości nie ma. Przy tym jest gigantyczny szum informacyjny. Z tym wiąże się postępująca brutalizacja życia politycznego. Aby zaistnieć w tym szumie, między proszkiem do prania a reklamą podpasek higienicznych, trzeba walczyć, by zostać zauważonym. Skutek to ogromna polaryzacja stanowisk - argumentacja merytoryczna musi ustąpić sformułowaniom emocjonalnym.


Rewolucja medialna. Jeszcze kilkanaście lat temu człowiek miał czas przeczytać i się zastanowić. Teraz nie jest w stanie przetworzyć wszystkich atakujących go informacji.


Może człowiek będzie ewoluował? Bo inaczej grozi nam totalne ogłupienie. Porozumiewanie się w polityce językiem SMS-ów jest dramatyczną perspektywą, a my zdążamy w tym kierunku. Wypowiedzi polityków zaczynają być SMS-owe.


Tak, jest to wynik procesów cywilizacyjnych, ale przekreśla on tradycyjną rolę mediów i polityki. Uważam, że nie można poddawać się dyktatowi marketingu politycznego. Jest problem bombardowania społeczeństwa marketingiem, zresztą nie tylko politycznym. A partie korzystają z tego, bo polityka też stała się towarem. Wyborcy słyszą szum, wbijane im są komunikaty, że to się im podoba, że to jest ich. Tracą przez to możliwość wyboru. Nie mówiąc już o tym, że te reklamy często kłamią, a już na pewno operują pustosłowiem.


Gdy kupuje pan spodnie bez trudu może ocenić, czy są dobre czy złe. W przypadku choćby reformy służby zdrowia ocena nie jest już tak łatwa. Owszem, kiedyś zanudzały nas tzw. gadające głowy. To był nudny sposób przekazu, ale czy dzisiejsze awantury telewizyjne między politykami są lepsze? Przecież większość widzów nie rozumie, o co w tych sporach chodzi? Znikają przy tym wszystkie niuanse, a widzowie i tak nie potrafią tego rozsądzić. Dodatkowym problemem jest to, że nie sposób dziś prowadzić polityki bez odpowiednio dużych środków materialnych. Ja uprawiałem politykę od 1976 bez żadnych środków. Mimo to odnosiłem pewne sukcesy...


Tylko czy są jeszcze demokracjami, jeśli są aż w tak dużym stopniu oparte na pieniądzu? Decydują wyborcy czy pieniądze?


Postawy różnych ludzi w tej chwili bardzo mnie zaskakują. Ludzie, których ceniłem i uważałem za uczciwych, wyprawiają nieprawdopodobne rzeczy. I poddają się narzuconej walce buldogów. Ja nie zamierzam się temu poddać.


Nie podam przykładów, bo znaczyłoby to, że dołączyłem do tej walki. Trzeba z nią skończyć. Są ludzie, którzy wywodzą się z tego samego nurtu i nagle okazało się, że nie można znaleźć pól do współpracy. To katastrofa, zaczęły dominować osobiste interesy i małostkowe niechęci.


Polityk nie powinien być żołnierzem, powinien być parlamentarzystą. Żołnierzy ma mafia. To, że są też w partiach, świadczyłoby o tym, że i one są spatologizowane.


O tym mówiłem, gdy rozmawialiśmy o marketingu i stosowaniu wszystkich środków w walce o władzę.


To, że nie milczy nawet wtedy, gdy jest niesprawiedliwe atakowany. Też byłem niesprawiedliwie atakowany. Wiem, że można wtedy dostać białej gorączki, ale lepiej jest milczeć. Psy szczekają, karawana jedzie dalej.

A wracając do militaryzacji życia politycznego, to odwołam się do własnych obserwacji jako wicemarszałka Senatu. Właściwie to mogłoby nie być posiedzeń plenarnych. Najprościej byłoby, gdyby w ramach oszczędności, zamiast wszystkich posłów i senatorów, przyjeżdżali tylko przedstawiciele partii i głosowali zgodnie z parytetem głosów. Bo nie pamiętam przypadku, żeby w wyniku dyskusji ktoś kogoś przekonał. Szefowie klubów mają swoją pulę głosów, więc wynik każdego głosowania można przewidzieć z góry.


Tak. Nie jak w PRL w systemie jednopartyjnym, ale dwupartyjnym.


Zwolennikami PiS są wszyscy ludzie, którym ktoś chce dowalić. Np. cały IPN jest rzekomo PiS-owski. Toczyła się wielotygodniowa dyskusja o książce, która nie wyszła. Gdy się ukazała, to zapadło milczenie. Bo książka jest po prostu dobra. A mimo to ciągle słyszymy, że IPN czy Sławomir Cenckiewicz to wróg publiczny numer jeden.


Tłum reaguje różnie. To było w Gdańsku, gdzie zagrożone są stocznie. Buczeli, bo nie podobały im się różne zachowania Borusewicza, a nie dlatego, że kochają PiS. To nie był PiS-owski wiec, to była uroczystość w rocznicę Sierpnia.


Tę sprawę znam tylko z mediów. Ale przyznaję, że i po stronie PiS widzę plemienną zaciekłość, czego przykładem jest to, że za każdym razem koniecznie musimy reagować na każdą zaczepkę. Czasem lepiej machnąć na to ręką.


Nie znam rodzinnych spraw Dorna ani jego relacji z Jarkiem Kaczyńskim. Przypuszczam, że tu jest jakaś emocjonalna reakcja ze strony Kaczyńskiego. Nie była to reakcja polityczna.


Nie mam pojęcia. Zresztą statut PiS pisał również Dorn. Tak zbudował partię, jak chciał, Jarek Kaczyński mu nie dyktował. Ja do PiS się nie zapisałem, choć był moment w czasie nagonki na tę partię, że myślałem, by się do niej zapisać, aby wyrazić swą solidarność.


Myślę, że źle to wszystko będzie się rozwijać. Skutek może być taki, że zamiast rozładowywać napięcia społeczne, będą się one potęgować przez złą medialną prezentację polityki. Stąd np. buczenie na Borusewicza. Okazało się, że ci ludzie nie mają innych sposobów wypowiedzenia się tylko takie. Sądzę, że coraz mniej ludzi będzie chodziło do wyborów, bo będą uważali, że nie mają na nic wpływu. Szuka się sposobów zwiększenia frekwencji - mówi się np. o wyborach większościowych. Ale przecież takie wybory mamy do Senatu, a rezultaty są stricte partyjne.


Akurat Pawłowi Śpiewakowi jego epizod polityczny - obserwacja uczestnicząca - dobrze zrobiła. Pamiętam nasze dyskusje z 2005 roku, kiedy się nie zgadzaliśmy. Ale potem zobaczył jak polityka wygląda od środka. I dzisiaj jestem gotów podpisać się pod wieloma tezami Śpiewaka. Ale rzeczywiście dla indywidualności jest coraz mniej miejsca.

Widzę jednak jeszcze ważniejszy problem: antynomię demokratycznych wyborów. Kto robi kampanie wyborcze? Działacze partyjni. To na pewno ludzie grupotwórczy o zdolnościach organizacyjnych, ale czy są dostatecznie refleksyjni? Ich miejsce jest właściwie we władzy wykonawczej. Oni nie myślą o tym, jakie skutki za kilka lat przyniesie kolejny artykuł uchwalanej ustawy.


W natłoku prac legislacyjnych i rozległości problematyki przeciętny parlamentarzysta ma perspektywę do końca głosowania. Władze partii coś wymyśliły, więc trzeba to poprzeć i na tym koniec.


Teraz tak to wygląda, bo nie ma alternatywy. I nie sądzę, by prędko coś nowego mogło się pojawić. Choć historia powstawania PO i PiS pokazuje, że coś może się zmienić. Ale wątpię by SLD odbudowała swoją potęgę. Ta grupa hazardzistów (śmiech), czyli "oczko" - Polska XXI też nic nie zwojuje. Na następną kadencję będziemy wybierali tych samych uczestników systemu politycznego. Zmienią się proporcje, ale asortyment będzie taki sam.

*Zbigniew Romaszewski, polityk, działacz opozycji w okresie PRL, jedyny senator RP sprawujący urząd nieprzerwanie od czasu ponownego powołania Senatu w 1989 r.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj